Fragment wystąpienia Aravinda Balasubramanya na zakończenie Światowej Konferencji Organizacji Sathya Sai, w dniu 24 listopada 2025, w Sai Prema Nilayam w Kalifornii
Aravind
Balasubramanya pochodzi
z rodziny oddanej Swamiego od niemal 50 lat. Jest absolwentem Wyższej Szkoły
Średniej Śri Sathya Sai oraz Instytutu Wyższego Nauczania Śri Sathya Sai.
Otrzymał złoty medal za licencjat z nauk ścisłych (BSE) oraz posiada
tytuły magistra chemii (MS) i MBA (Zarządzania i Administracji).
Przez prawie pięć lat, od 2007 do 2021 roku, Aravind pracował w Radio Sai i
pełnił funkcję fotografa Swamiego. Jest autorem czterech książek opisujących
jego doświadczenia ze Swamim. Aravind poświęca swoje życie szerzeniu nauk
Swamiego za pośrednictwem różnych kanałów medialnych i forów. Om Śri Sai
Ram, składam moje najpokorniejsze ukłony u lotosowych stóp ukochanego
Bhagawana. Najdroższy Swami, drodzy bracia i siostry, cóż za piękny poranek. Swami
mówi: Słuchanie Jego historii jest najwspanialszą sadhaną, a celem
słuchania tych historii jest uczynienie nas wolnymi od własnych historii. Cóż za piękne stwierdzenie. Ten
cytat jest niesamowity, bardzo motywujący. Wszystkie
nasze historie ogólnie dzielą się na cztery różne etapy, które w sanskrycie
nazywane są: chamatkar, samskar, paropkar i sakshhatkar. Chamatkar oznacza
cuda, samskar oznacza udoskonalenie lub oczyszczenie. Paropkar
ogólnie nazywamy bezinteresowną służbą, która jest wynikiem tego udoskonalenia.
To nie jest tylko wykonywanie jakiejkolwiek czynności. Jest duża różnica między
wykonywaniem czynności a służbą. Służba jest postawą i wynika z samskar,
co ostatecznie prowadzi do sakshhatkar — czyli wyzwolenia, mokszy,
oświecenia – różne nazwy określające to samo. Pamiętam
historię młodej kobiety, która chciała wstąpić do armii. Gdy pokazano jej
wszystko – życie w armii wydawało się wspaniałe. Wszystko było fantastyczne.
Ludzie pomagali jej, oprowadzali ją. Myślała, że to najpiękniejszy świat i
postanowiła się zaciągnąć. A gdy to zrobiła, stała tam z torbą, bagażem, a nikt
nawet nie ruszył palcem, by jej pomóc. Zapytała, co się stało. Mówili jej:
„Jesteś w armii, radź sobie sama”. Tak więc, witajcie w armii Sai. Wstąpienie
do niej będzie cudowne, ale kiedy już to zrobimy nadchodzi etap samskar (udoskonalania
się). To etap, na którym surowe
warzywa i owoce są przetwarzane, aby stworzyć coś trwalszego, gdzie wiedza jest
„pieczona”, „palona” i „prażona” w piecu doświadczeń, przemieniając się w mądrość,
która jest trwała. Ludzie mówią, że proces ten jest bolesny. Jest zawsze
bolesny, ponieważ musimy porzucić nasze wyobrażenie o sobie. Jednak
prowadzi to do czegoś trwalszego, bardziej stałego, do etapu, na którym
uświadamiamy sobie, że każdy oddech, który wykonujemy, jest cudem. Każde bicie
serca, jest cudem. Nie muszę już szukać cudów, ponieważ sam jestem cudem.
To jest etap, do którego prowadzi samskar (udoskonalanie).
Dlatego, choć jest to bardzo bolesne i trudne, Pan, pozornie bezlitośnie,
poddaje nas temu procesowi. Tak jak matka, która zabiera swoje dziecko na
szczepienie. Nieważne, jak bardzo dziecko płacze i jak bardzo matka je uspokaja
i tak dziecko otrzyma zastrzyk. W 2013
roku Swami pobłogosławił mnie podróżą do Trinidad i Tobago. Odwiedziłem tam
różne ośrodki Sai. Ośrodek w Rio Claro mieścił się w dużym domu. Wielbiciel
ofiarował 70% domu na ośrodek, a sam z rodziną mieszkał na pierwszym piętrze.
Kiedy satsang i bhadżany się skończyły, powiedzieli mi: „Czy
możesz teraz spotkać się z osobami, które ofiarowały te pomieszczenia”.
Powiedziałem: „Tak, chętnie. Gdzie oni są?”. Odpowiedziano: „Są na górze”.
Zdziwiłem się: „Nie przyszli na spotkanie?”. „Nie, bo mają problem, czy możesz
wejść na górę i się z nimi spotkać”. Poszedłem. Była tam para – pani Jaishri z
Trinidadu i Tobago. Od dawna starali się o dziecko. Przeszli przez dziewięć
zabiegów na niepłodność, i w końcu przyniosło to owoce – była w ciąży
bliźniaczej. Zaledwie kilka dni przed naszym spotkaniem był wyznaczony termin
porodu i podczas porodu straciła bliźnięta. Siedziała zdruzgotana, chociaż nie
zadała pytania wprost, unosiło się ono w powietrzu: „Dlaczego? Co jeszcze
powinnam zrobić?”. Wcześniej angażowała się we wszystko: bhadżany, sewę,
ofiarowała ośrodek. To, co czułem w powietrzu było czymś więcej niż tylko jej
pytaniem, ale też pytania wszystkich wokół – zwłaszcza tych, którzy przyszli po
raz pierwszy: „Czy to jest nagroda za oddanie?”. Miałem coś jej powiedzieć i
nie tylko jej, bo siedzieli tam też inni. Po prostu brakowało mi słów. Modliłem
się w duchu: „Swami, co mam powiedzieć? Po prostu nie wiem. Nie potrafię nawet
wczuć się w sytuację, nie wiem nawet, czym jest ten ból”. Poczułem, że Swami
mówi przeze mnie: „Siostro, myślę, że znam powód, dla którego to się dzieje,
ale moje serce nie akceptuje tego powodu i jestem pewien, że nikt z nas nie
będzie w stanie tego zaakceptować. Więc odrzućmy ten powód. Oto paczka wibhuti,
które się zmaterializowało”. Myślałem, że rozdam trochę wibhuti każdemu
z obecnych, ale powiedziałem: „Siostro, myślę, że tego potrzebujesz. Weź całą
paczkę, zatrzymaj ją”. Odpowiedziała: „Co powiedziałeś, że tego nie zrozumiem?
Powiedz mi cokolwiek to jest”. Była jak tonąca osoba gotowa chwycić się
przysłowiowej brzytwy. Powiedziałem: „To nic wielkiego. To tylko jedno zdanie.
To się wydarzyło, bo to jest dla ciebie dobre”. „Przepraszam, jeśli to
brzmi okrutnie, ale to jest dla ciebie dobre. Jak? Nie mam pojęcia. Dla mnie to
też jest bolesne. Mogę tylko wyobrazić sobie, jak bolesne musi być dla ciebie”.
Nie zareagowała. Powiedziałem: „Proszę, weź wibhuti”. Nadal nie
reagowała. I wtedy zrobiłem coś zaskakującego. Powiedziałem: „Siostro, przez
miesiąc powtarzaj imię Swamiego i przyjmuj wibhuti. Znajdziesz spokój”.
A w środku modliłem się: „Swami, proszę, dałem jej jeden miesiąc. Proszę, zrób
coś ze Swojej strony. Złożyłem obietnicę”. Kilka miesięcy później ktoś z
Trynidadu odwiedził Puttaparthi. A kiedy go spotkałem, zapytałem, co słychać u
siostry Jaishri. Powiedział mi: „Ma się dobrze, wszystko w porządku”. Dałem dla
niej kolejną paczuszkę wibhuti i powiedziałem: „Proszę, powiedz jej, że
jest w moich modlitwach”. Sześć miesięcy później dostałem wiadomość na
Facebooku. Siostra Jaishri na zdjęciu ze swoim małym dzieckiem. Napisała do
mnie: „Bracie, nie potrzebowałam żadnego leczenia. Swami pobłogosławił mnie
tą dziewczynką”. Była bardzo szczęśliwa. Dziękuję, Swami. Chciałem tylko,
żeby znalazła spokój, a Swami dał jej jeszcze dziecko. To wspaniałe. Rok
później wysłała mi zdjęcie z obiema córeczkami. Trzy lata później były już trzy
dziewczynki. Napisałem: „Proszę daj mi pozwolenie, abym mógł wykorzystać twoją
historię wszędzie tam, gdzie uznam to za właściwe”. Odpisała: „Proszę, możesz
użyć też mojego imienia”. Ale nawet
w tej historii, drodzy bracia i siostry, jest szczęśliwe zakończenie. Znam
wiele innych historii, które się toczą albo które być może nie będą miały
szczęśliwego zakończenia w naszym rozumieniu? A co z bratem z Bangalore, który
właśnie się ożenił. Bardzo oddany Swamiemu, wielbiciel na pełny etat, myślący o
Swamim, dzielący się opowieściami o Nim. Jego żona, która bardzo dobrze radziła
sobie zawodowo, również bardzo oddana Swamiemu, została wezwana na spotkaniu do
jednego z budynków. Kiedy weszła do środka, wybuchła panika, ponieważ pojawił
się pożar. Zanim zdążyła się zorientować w sytuacji, drzwi windy się zamknęły.
Straciła życie. Bardzo bolesne jest czytanie ostatnich wiadomości, które
wysłała do męża, z którym była zaledwie miesiąc. Mąż przyjechał z młodzieżą z
Bangalore na bhadżany do Puttaparthi. Swami, niespodziewanie wybrał go
spośród wszystkich ośmiu tysięcy zgromadzonych osób i czule z nim rozmawiał.
Nie wiem, czy Swami coś zmaterializował, czy nie, ale była to pełna miłości
rozmowa, a ja w tym czasie robiłem zdjęcia. Byłem tak poruszony tą sceną, że
pobiegłem do studia, wywołałem zdjęcie i wróciłem. Swami wziął to zdjęcie i dał
mu, a on się rozpłakał. Wtedy chciałem poznać całą historię. Do dziś nie wiem,
jakie jest „szczęśliwe zakończenie” tej historii. Co można powiedzieć w takiej
sytuacji? Proces samskar
sprawia, że tracimy różne rzeczy na poziomie fizycznym, mentalnym i
psychicznym. Wielbicielkę Kriszny – Mirę, przedstawiamy w sztukach i mówimy o
niej z zachwytem. Ale kiedy rozmawiałem z młodymi ludźmi i pytałem, kto z was
chciałby mieć życie Mirabai, nikt nie odważył się podnieść ręki. Przechodząc
przez ten proces, zaczynamy rozumieć, że Swami robi z nami coś bardzo pięknego.
Coś, czego wszyscy potrzebujemy, bez czego nigdy nie osiągniemy spokoju i
szczęścia. I dla tego celu Swami jest gotów postawić wszystko na jedną kartę.
Nawet jeśli Go krytykujemy czy się Mu sprzeciwiamy – to dla Niego wszystko jest
w porządku, ponieważ jak Swami mówi „Bangaru (złotko), to jest dla
twojego dobra. Nazywam cię bangaru, ponieważ złoto musi być wypalane.
Musi być poddane obróbce. Musi być uderzane, formowane, oczyszczane. Będę więc
je tak długo oczyszczał, aż zobaczę w nim własne odbicie. Jeśli Mnie źle
zrozumiesz, nie szkodzi. Jeśli odejdziesz ode Mnie, nie ma problemu. Czekałem
na ciebie przez całe wieki. Czekałem przez wiele twoich żywotów. Będę nadal
czekał”. Taki jest nasz ukochany Pan. (…) Swami, proszę, abym miał wiarę w Ciebie i
niech miłość, którą mam do Ciebie w sercu, którą mamy do Ciebie w naszych
sercach, z każdą chwilą staje się coraz silniejsza. Dziękuję.