Pan Miguel Montes wierzył, że prowadzi życie pełne
sukcesów. Pracował bardzo ciężko, był wiecznie zajęty, dążył do wyznaczonych
celów i zapewniał byt swojej rodzinie. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze.
Jednak głęboko w środku brakowało czegoś istotnego. Wtedy uderzył COVID. W
ciągu kilku dni lekarze wprowadzili go w śpiączkę farmakologiczną, nie mając
pewności, czy kiedykolwiek jeszcze się wybudzi. W otoczeniu rodziny Miguel
stanął przed możliwością pożegnania się z życiem. Dwadzieścia dwa dni później…
otworzył oczy. Ale prawdziwe przebudzenie dopiero się zaczynało. W tym
poruszającym świadectwie Miguel opowiada o tym:
· Jak doświadczenie bliskie
śmierci zmieniło jego rozumienie sukcesu
· Jakie trudne prawdy
doprowadziły go do głębokiej osobistej transformacji
· Jak poprzez medytację i służbę przeszedł drogą od nieustannego zabiegania
do świadomego życia
· Jak rodzina pomogła mu na
nowo odkryć miłość, wiarę i sens życia.
To, co zaczęło się jako walka o przetrwanie, stało się
czymś znacznie większym – odrodzeniem w duchu wdzięczności, oddania i służby.
Cień śmierci
Om Sai Ram. Niech te słowa
poruszą serca – nie są ode mnie, ale przeze mnie.
Mam na imię Miguel. Jestem
mężem, ojcem i kimś, kto kiedyś myślał, że sukces oznacza bycie wiecznie
zajętym. Ale życie miało wobec mnie inne plany. Prawie pięć lat temu stanąłem
twarzą w twarz ze śmiercią. Lekarze powiedzieli, że będą musieli mnie zaintubować,
aby moje ciało mogło nadal otrzymywać niezbędny tlen. Wyjaśnili, że jedyne, co
możemy zrobić, to czekać i zobaczyć, czy się obudzę.
To było druzgocące. Nie
wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze otworzę oczy. Moja rodzina była przy mnie
– żona, rodzice, siostra i jej mąż. Mogłem się z nimi pożegnać. COVID-19
uderzył we mnie z ogromną siłą i spędziłem 22 dni w śpiączce farmakologicznej.
Po tych dniach otworzyłem oczy. Ale nie wiedziałem dokładnie, co się stało,
wszystko wokół mnie – moje małżeństwo, druga córka, która miała się wkrótce
urodzić – wydawało się snem, o którym zapomniałem. Żyłem, ale nie wiedziałem,
dlaczego.
Pogoń za światem zamiast za duszą
Przed tym doświadczeniem
myślałem, że prowadzę dobre życie. Ciężko pracowałem, osiągałem swoje cele i
kupowałem rzeczy, które dawały mi poczucie sukcesu. Ale goniłem za światem, a
nie za swoją duszą. Na przykład znajdowałem czas, by jeździć swoim nowym samochodem
i zarabiać dodatkowe pieniądze, ale nie miałem czasu, by zjeść wspólną kolację
z córką. Byłem odłączony od rodziny i od Boga.
List i punkt zwrotny
Kiedy wybudziłem się ze
śpiączki, zdałem sobie sprawę, że mogłem umrzeć. Wszyscy wokół nazywali to
cudem. Ale ja ciągle zadawałem sobie pytanie: „Dlaczego wciąż tu jestem? Co
mam robić ze swoim życiem?”.
W tamtych dniach żona
pokazała mi list, który napisała, gdy byłem nieprzytomny. Był pełen bólu, ale
także i nadziei. Napisała, że choć pragnęła, abym się obudził, nie była pewna,
czy byłem szczery w naszym związku. Czuła, że coś między nami było nie tak jak
powinno, że coś się zepsuło. I miała rację.
Lektura tych słów poruszyła
mnie do głębi. To było tak, jakby sam Swami przemawiał przez nią, pokazując mi,
że jeśli naprawdę chcę żyć, muszę całkowicie się zmienić. Musiałem zmierzyć się
z własnymi schematami myślowymi i wziąć pełną odpowiedzialność za swoje życie,
które sam tworzę. Mój pierwszy związek zakończył się, ponieważ uciekałem przed
bólem. Ale tym razem wybrałem inaczej. Postanowiłem stawić mu czoła.
Zdecydowałem się zostać i wzrastać razem z żoną i nowo narodzoną córką.
Całkowita przemiana
Podczas tego procesu
najpierw odzyskałem kontakt z własnym ciałem, dbając o nie jak o świątynię,
którą jest. Zacząłem odżywiać się bardziej świadomie, zadbałem o higienę snu i
zobowiązałem się do regularnych ćwiczeń. Gdy moje ciało odzyskało równowagę, umysł
stał się jaśniejszy. Dzięki terapii, refleksji i medytacji nauczyłem się
rozpoznawać swoje emocje, rozumieć schematy myślowe oraz stopniowo wprowadzać
harmonię do swojego wewnętrznego świata.
Gdy ciało i umysł stały się
bardziej przejrzyste, łatwiej było mi usłyszeć to, co zawsze tam było –
łagodny, niezmienny głos Jaźni – Atmy – prowadzący mnie od wewnątrz. Zacząłem
codziennie medytować o 4:00 rano, coś, czego nigdy nie wyobrażałem sobie, że
mógłbym robić. Co tydzień chodziłem z rodziną służyć innym – nie z obowiązku,
ale jako wyraz wdzięczności za życie.
Kiedy odzyskałem wewnętrzną harmonię, obudziło się we mnie coś pięknego:
pragnienie dzielenia się z córkami radością towarzyszącą służbie i oddaniem
płynącym ze śpiewania oraz budowania jeszcze głębszej więzi z moją żoną poprzez
czułość i wzajemne oddanie. Powoli nasz dom stał się małą świątynią pełną
miłości, radości i zabawy.
Powołanie do służby
W ubiegłym roku napisałem
krótki list do samego siebie – zobowiązanie, by żyć świadomie każdego dnia.
Kilka miesięcy później otrzymałem telefon z propozycją pełnienia służby jako
Krajowy Koordynator Młodych Dorosłych w Meksyku. Poczułem, jakby Swami szeptał
mi do ucha: „Teraz, gdy odzyskałeś zdolność prawdziwego widzenia, pomóż innym
odnaleźć samych siebie”.
Dzięki tej służbie nauczyłem się,
że jeśli rodzina modli się razem, wzrasta razem, a nawet wspólnie stawia czoła
wyzwaniom, staje się boskim odzwierciedleniem samej miłości.
Owoc – wyzwolenie
Nie tylko przeżyłem
COVID-19. Było to odrodzenie w miłości, świadomości i służbie. Swami powiedział
kiedyś: „Tak jak mądry rolnik z miłością dba o swoje uprawy, tak i ty
powinieneś doskonalić swoje nawyki, aby wydały plon w postaci wyzwolenia”.
Nauka ta stała się moim drogowskazem. Prowadzi mnie do harmonii ciała,
umysłu i duszy, abym mógł żyć, wypełniając swoje obowiązki, bez przywiązania do
rezultatów swoich działań. Podczas tego procesu moja żona i dwie córki były
moimi największymi nauczycielkami. To dzięki ich miłości, cierpliwości, a nawet
dzięki wyzwaniom, którym wspólnie stawiliśmy czoła, przeszedłem najgłębszą
przemianę. Pokazały mi, jak zmierzyć się z własnymi cieniami, jak wzrastać w
wierze i jak doświadczyć boskiej miłości Sai żyjącej w moim sercu.
Teraz przeżywam każdy dzień,
pielęgnując te wewnętrzne „plony” z rodziną u boku i sercem przebudzonym na
Jego łaskę.