Lila Swamiego – Harry Mansbridge – Wielka Brytania, 1995

Pan Harry Mansbridge był członkiem zarządu Organizacji Sai w Wielkiej Brytanii w latach 1982–1989. W latach 1991-1993 pełnił również funkcję głównego koordynatora Organizacji Sri Sathya Sai w Wielkiej Brytanii.

Nigdy nie przestaję podziwiać lekcji udzielanych przez naszego ukochanego Sai i trudności, jakie my, ludzie (a przynajmniej ja), mamy z wyciąganiem z nich wniosków.
Podczas jednego ze spotkań ze Swamim, członkini naszej grupy opowiadała Mu o „piśmie automatycznym”, którym została obdarzona. Swami powiedział dość surowo: „Nie rób tego, to psotny duch”. Odpowiedziała, że „ten duch” powiedział jej, iż grupa Harry'ego Mansbridge'a będzie śpiewać dla Niego podczas uroczystości urodzinowych. Swami obrócił się do mnie i zapytał: „Jak tam wasze bhadżany?”. Wzruszyłem ramionami i rzuciłem jakąś bezsensowną uwagę w stylu „tak sobie”. Swami uśmiechnął się i powiedział: „Zaśpiewacie dziś wieczorem w świątyni”. Ja również się uśmiechnąłem, zakładając, że to żart, wiedząc, że to niemożliwe, ponieważ nie wiedziałem nawet, czy ktokolwiek z grupy potrafi śpiewać. Nigdy wcześniej nie śpiewaliśmy razem i oczywiście nie mieliśmy przygotowanego programu. Potraktowałem to więc jako żart Swamiego i zupełnie o tym zapomniałem.
Podczas popołudniowego darszanu Alvin Drucker przechadzając się po świątyni, podszedł do mnie, mówiąc: „Swami mówi, że wasza grupa śpiewa dziś wieczorem bhadżany”. „Nie ma mowy”, odpowiedziałem, „chyba żartujesz”. Alvin wypalił: „Swami właśnie mi powiedział, że śpiewacie dziś w świątyni. Musicie więc być na miejscu o 17:30. Będzie na was czekał”. „To niemożliwe, nie mamy programu”, błagałem. „Co mam powiedzieć Swamiemu!” – zapytał Alvin. „Powiedz Mu, że nie możemy dziś śpiewać w świątyni”, odpowiedziałem, czując się okropnie.
Alvin odszedł szybkim krokiem, a ja siedziałem, zalany potem. Wrócił po dziesięciu minutach i powiedział: „Swami jest na ciebie bardzo zły. Musicie przećwiczyć bhadżany i zaśpiewacie w świątyni za kilka dni”.
Tego wieczoru przyszedłem na bhadżany nieco później niż zwykle. Swami stał w świątyni, gdy zrzuciłem sandały, szybko wszedłem i usiadłem z tyłu, czując się ogromnie zakłopotany. Swami natychmiast podszedł na środek dziedzińca i uważnie przyglądał się wszystkim, a następnie powoli przesuwał wzrok wzdłuż rzędu siedzących wielbicieli. Gdy dotarł do mojego miejsca, szybko mnie minął wzrokiem, a potem znowu zwolnił, patrząc na pozostałych siedzących wielbicieli. Jego wzrok powrócił i zatrzymał się na mnie. Zmarszczył brwi, wyglądał bardzo poważnie, powoli pokręcił głową z boku na bok, a następnie obrócił się na pięcie i wszedł prosto do świątyni i już się nie pojawił.
Jak możecie sobie wyobrazić, czułem się zdruzgotany. Wróciłem do swojego pokoju i usiadłem na łóżku. Nagle pomyślałem: „Chwileczkę, jeśli Swami jest tym, za kogo Go uważamy, to wie, że nie mogliśmy zaśpiewać w świątyni. Jego działanie musiało mieć jakiś cel. Może próbuje mnie czegoś nauczyć, ale czego?”. Zacząłem wtedy zastanawiać się, jaką lekcję mogę wyciągnąć z tego wydarzenia.
1.   Po pierwsze, pomyślałem, że muszę być bardziej pozytywnie nastawiony. Zapytany: „Jak tam wasze bhadżany?”, powinienem był szczerze odpowiedzieć: „Nie są dobre”, zamiast mojej wymijającej odpowiedzi.
2.   Zachęciło nas to do śpiewania bhadżanów z zaangażowaniem. Nauczyliśmy się więcej pieśni i cieszyliśmy się ze wspólnego śpiewania z miłością. Jak mówi Baba: „Okazujcie oddanie podczas śpiewu”.
3.   Przestać się martwić i wszystko powierzyć Swamiemu.
4.   Zapomnieć o przeszłości (to wydarzyło się kilka godzin temu) – liczy się „teraz”.
5.   Życie jest grą, graj w nią.
Następnego dnia na porannym darszanie wylosowaliśmy pierwszy rząd i zamiast się cieszyć, drżałem z niepokoju, siedząc z przodu i zastanawiając się, czy Swami ponownie okaże Swoje niezadowolenie.
Podszedł, zatrzymał się przede mną, a gdy spojrzałem w górę, uśmiechnął się i udzielił mi wspaniałego błogosławieństwa. To wszystko było grą, a On wiedział, że próbuję ją zrozumieć!
W tamtych czasach nawierzchnia dziedzińca była piaszczysta i gdy Swami odszedł, przede mną, pozostały dwa piękne ślady Jego stóp, w miejscu, gdzie stał. Zgarnąłem trochę piasku z tych śladów, włożyłem go do małej plastikowej torebki i teraz spoczywa on w małym naczyniu na moim domowym ołtarzyku.
Wielką lekcją z tego doświadczenia jest to, że Swami z pewnością wie, o czym myślimy (udowodnił mi to dalszymi doświadczeniami przez trzy kolejne lata w Puttaparthi). Uwielbia płatać figle i pokazał mi, że życie jest grą, w którą musimy grać z miłością.
Rozdział z książki „The Splendor of Sathya Sai” – tłum. E.GG.