Ted i Jody Henry: Kronikarze Duszy
Ted Henry,
wielokrotnie nagradzany statuetką Emmy dziennikarz z 40-letnim stażem w ABC
News, połączył siły ze swoją żoną, Jody Cleary, aby stworzyć SoulJourns.
Ten niezależny projekt dokumentalny zrodził się z ich głębokiego oddania Sathya
Sai Babie oraz zawodowej pasji do opowiadania historii. Wspólnie zarejestrowali
setki godzin poruszających osobistych świadectw, zachowując globalne
dziedzictwo rodziny Sai poprzez wnikliwe i szczere wywiady.
Ścieżka do odkrycia, że jesteśmy Atmą
– zapis ścieżki dźwiękowej wywiadu z Tedem Henry (grudzień 2020)
Wstęp
Ścieżka do
odkrycia, że jesteśmy Atmą – czy ktokolwiek na Ziemi mógłby wybrać ważniejszy
temat do rozmowy? Wybrałem go, ponieważ szczerze wierzę, że jest to
najważniejsze przesłanie – a może nawet wezwanie – jakie Sathya Sai Baba
kieruje do każdego z nas. Wybrałem go, bo naprawdę wierzę, że osiągnięcie
wyzwolenia w tym wcieleniu jest możliwe. Nie słyszy się o tym zbyt często,
ponieważ powszechnie uważa się, że niewielu ludzi „to osiąga”.
Jednak
moja żona Jody i ja coraz częściej odkrywamy kolejnych wielbicieli – a także
osoby niebędące wielbicielami – którzy już „to osiągnęli”. Dla każdego, kto ma
doświadczenie w rozpoznawaniu pewnych cech osobowych, jest całkowicie jasne i
oczywiste, że są to istoty urzeczywistnione duchowo. Znalezienie takich ludzi
na swojej drodze i możliwość przebywania w ich obecności to jedno z
największych błogosławieństw naszego życia. Najlepszym słowem, jakim mogę
opisać tę obecność, jest magnetyzm. Osoba urzeczywistniona przyciąga cię
prosto do siebie.
Powitanie
Greg Slee: Witamy w kolejnym internetowym programie
wielbicieli Sai Baby Regionu 8. (południowo-zachodnie stany USA). Chciałbym
rozpocząć to spotkanie od pytania: Jak często naprawdę przypominamy sobie o
tym, że jesteśmy Atmą – wielkim,
niezniszczalnym „JA JESTEM”?
Naszym
gościem dzisiejszego wieczoru jest Ted Henry, twórca popularnego programu SoulJourn.
Jest to program duchowy prezentujący wywiady z wielbicielami Sai Baby. Nic
dziwnego, że tematem jego wystąpienia jest „Ścieżka do odkrycia, że jesteśmy Atmą”.
Przemówienie Teda Henry’ego
Sai Ram wszystkim. Składam moje najpokorniejsze pokłony (pranams)
u boskich lotosowych stóp naszego ukochanego Bhagawana Sri Sathya Sai Baby.
Wybrałem
ten temat z bardzo konkretnego powodu. Choć czas trwania takich programów
wystarcza na przekazanie jednej czy dwóch własnych myśli, to aby rzetelnie
omówić zagadnienie na tym poziomie świadomości, potrzeba kilku miesięcy – a w
moim przypadku 42 lat. Tyle czasu jestem na tej ścieżce.
Wierzę, że
jest to najważniejsze zadanie, a właściwie żądanie, jakie stawia nam Sai Baba.
Dał nam wiele celów, do których powinniśmy dążyć i zapewnia, że ostatecznie
wszyscy osiągniemy wyzwolenie. Jednak ten konkretny temat – głęboka wiedza o Atmie, którą jesteśmy – znajduje się na
samym szczycie listy. Sai Baba mówi, że osiągnięcie wyzwolenia to nasze
przyrodzone prawo; jest gwarantowane, jeśli angażujemy się w takie działania
jak sewa (służba), namasmarana (intonowanie imienia Boga), bhadżany
i pudże. Jednak jestem tu dzisiaj, aby mówić o tym, co być może zbyt
śmiało nazywam „szybszą drogą” do uświadomienia sobie prawdy o tym, kim
naprawdę jesteśmy.
Nie
wybrałem tego tematu dlatego, że jestem ekspertem – wręcz przeciwnie. Wybrałem
go, ponieważ wierzę, że wyzwolenie jest możliwe już teraz. Chcę wyprowadzić was
z błędu, że jest ono poza naszym zasięgiem. Ani moja żona, Jody, ani ja nie
twierdzimy, że już osiągnęliśmy ten stan, ale jest to największe
przedsięwzięcie naszego życia. Na naszej drodze spotykamy coraz większą liczbę
osób, zwłaszcza wielbicieli Baby, którzy już osiągnęli ten stan.
Wczesne fundamenty: Od Ohio do medytacji
Wychowałem
się w bardzo konserwatywnym mieście Canton w północno-wschodnim stanie Ohio.
Dorastałem w dużej, tradycyjnej rodzinie katolickiej. Czymś zupełnie naturalnym
było, że po kolacji klękaliśmy w salonie, aby wspólnie odmawiać różaniec,
niezależnie od pory roku. To wychowanie zaszczepiło we mnie głęboką miłość do
Boga, postrzeganego wówczas jako Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Podczas
nauki w szkołach katolickich pojawiło się we mnie kiełkujące zainteresowanie
medytacją. W latach 50. i 60. słowo „medytacja” nie było używane w Ohio, ale
moi nauczyciele, Bracia Chrześcijańscy, zaprosili mnie do grupy o nazwie Sodality
(Bractwo religijne). Uczono
nas tam wielbić Boga i modlić się w ciszy. Patrząc wstecz, zdaję sobie sprawę,
że praktykowałem medytację na długo przed tym, zanim słowo to stało się
powszechnym pojęciem. Lata te doprowadziły mnie do odwiecznych pytań o życie: Kim
jestem? Dlaczego tu jestem? O co w tym wszystkim chodzi? Zadawałem te
pytania co tydzień – od wieku nastoletniego aż po lata 70. mojego życia. Teraz
mam pewność, że znam odpowiedzi.
Wizja biblioteki
Pewnego
dnia we śnie ukazał mi się obraz. Zobaczyłem ogromny budynek składający się z
jednego gigantycznego pomieszczenia. Każda ściana od podłogi aż po sam strop
była wypełniona półkami z tysiącami książek na temat katolicyzmu. Znajdowała
się tam odpowiedź na każde pytanie, jakie kiedykolwiek mógłby zadać człowiek.
Przechodząc
przez to pomieszczenie, dostrzegłem drabinę. Wspiąłem się po niej, otworzyłem
klapę w suficie i wskoczyłem na dach. Czułem się całkowicie bezpieczny,
ponieważ stałem na fundamencie mojej chrześcijańskiej wiary. Ale wtedy coś
kazało mi spojrzeć w górę. Nade mną znajdowało się coś, co mogę opisać jedynie
jako „kosmos” wyższej duchowej świadomości. Każda gwiazda i każde ciało
niebieskie wydawały się mieć dla mnie znaczenie, bo niosły przyzwolenie na
poznanie głębokiej duchowej prawdy. Z perspektywy czasu widzę, że był to
pierwszy ważny krok, który doprowadził mnie do Śri Sathya Sai Baby.
„Niewierny Tomasz” i pierwsze
spotkania z Babą
Zanim
ostatecznie poleciałem do Puttaparthi, miałem dwa „bliskie spotkania” z Sai
Babą, podczas których właściwie odwróciłem się od Niego. Musiałem mieć w sobie
więcej ego i pychy niż większość ludzi. Przyszedł do mnie dwa razy, a ja dwa
razy odwróciłem się do Niego plecami, zasługując na przydomek, którym Sai Baba
wielu obdarza: „niewierny Tomasz”.
Pierwsze
spotkanie miało miejsce w 1968 roku. Służyłem w Korpusie Pokoju w odległej
wiosce w Paragwaju – bez bieżącej wody, bez prądu, tylko polne drogi. Po
ciężkim dniu pracy siedziałem w bujanym fotelu przed moją chatą, przeglądając
czasopisma przysłane ze stolicy. Przerzuciłem stronę z 50 na 51, potem na 52 i
tam On był. Wiecie, o kim mówię: Śri Sathya Sai Baba. To był rok 1968, może
początek 69. Pomyślałem: Kim jest ten gość? Nigdy nie widziałem nikogo, kto
by tak wyglądał. A ludzie na zdjęciu siedzący u Jego stóp wyglądali na
ludzi z Zachodu. Sprawiali wrażenie Amerykanów, może sześciu młodych mężczyzn w
moim wieku. Być może służyli gdzieś w Korpusie Pokoju, byli wtedy w moim wieku.
Jednak z
jakiegoś powodu, mimo że przeczytałem ten artykuł od początku do końca, nie
pamiętam dziś ani jednego zdania z jego treści. Minęło zbyt wiele lat. Po
prostu odłożyłem gazetę i nie poświęciłem temu więcej uwagi, z wyjątkiem obrazu
Jego twarzy. Spojrzenie Jego oczu, patrzące z tego zniszczonego, podartego
magazynu oraz Jego imię – tego nigdy nie zapomniałem. Nawet dzisiaj mam
wrażenie, jakby to wydarzyło się wczoraj. Zamiast skręcić w prawo, skręciłem w
lewo i odszedłem od Niego.
Drugie spotkanie: Kalkuta
Przenieśmy
się o kilka dekad, do roku 1992, kiedy miało miejsce moje drugie spotkanie z
Sai Babą. To była moja pierwsza podróż do Indii. Do tego czasu odwiedziłem
wiele krajów jako reporter, ale tym razem marzyła mi się podróż dookoła świata.
Kupiłem bilet obejmujący sześć państw i wiele miast. Nie miałem żadnych
konkretnych planów, chciałem po prostu zobaczyć to, co się uda. Kierowała mną
ogromna ciekawość świata.
Miałem
jednak jedno umówione spotkanie z osobą, którą naprawdę pragnąłem poznać, z
Matką Teresą. Co za przywilej! Mam 190 cm wzrostu, gdy stoję wyprostowany, a
ona miała 150 cm; górowałem nad nią. Była znacznie drobniejsza niż Sai Baba.
Pobłogosławiła różańce dla mojej matki, ojca, pięciorga rodzeństwa i dla mnie.
Wtedy
zaproponowała mi coś, o czym nawet nie śniłem: zaprosiła mnie, abym wrócił
następnego dnia i pomógł jej karmić mężczyzn i chłopców, którzy umierali w jej
hospicjum. Było to miejsce, gdzie ubodzy przychodzili umierać pod jej
kochającym spojrzeniem, niezależnie od ich tradycji religijnej. Byłem zdumiony
i głęboko wdzięczny kobiecie, która umożliwiła mi to spotkanie.
Pokój gościnny
Gdy po
trzech i pół dniach przygotowywałem się do wyjazdu na lotnisko, kobieta, która
gościła mnie w Kalkucie, podeszła do samochodu i powiedziała: „Skoro przejechał
pan pół świata, aby odwiedzić »ikonę« swojej tradycji, Matkę Teresę, zapraszam
pana, aby pewnego dnia pan wrócił i odwiedził duchową »ikonę« naszego systemu
wierzeń. Nie powiem, jak się nazywa, bo i tak Go pan nie zna”.
Odpowiedziałem:
„Nie, proszę powiedzieć. Jestem ciekawy”. Powiedziała: „Nazywa się Sai Baba”.
Odparłem: „Wiem, kim jest Sai Baba”.
Była
zaskoczona. Byłem jednym z pierwszych amerykańskich reporterów, jakich
spotkała, którzy znali to imię. Powiedziałem jej, że „poznałem” Go poprzez
czasopismo w Ameryce Południowej pod koniec lat 60. Pobiegła do domu i wróciła
z trzema książkami o Sai Babie i kilkoma drobiazgami. I wiecie co? Nigdy do
nich nie zajrzałem. Zabrałem je do domu w Cleveland w stanie Ohio i nawet ich
nie otworzyłem. Świadomie odwróciłem się od Awatara.
Zanim wyjechałem, powiedziała
mi jeszcze jedno: „Wiele lat temu przyjeżdżał do Kalkuty i zatrzymywał się w
naszym domu. Mamy pokój gościnny obok głównego salonu, tam gdzie pan spał – tam
właśnie On się zatrzymał”. W mojej ignorancji i głupocie pomyślałem tylko: Jak
miło, co za zbieg okoliczności. Nie połączyłem tych faktów.
Spotkanie z Jody
Kilka lat
później poznałem Jody podczas kolacji po spotkaniu duchowym. Bardzo miło mi się
z nią rozmawiało. Odkryliśmy, że mamy wiele wspólnego, szczególnie entuzjazm
dla duchowego rozwoju. Zapytałem, czy zjadłaby ze mną kolację w następnym
tygodniu. Odmówiła. „A może tydzień później?”. „Nie”. „To może za trzy
tygodnie?”. „Nie” – powiedziała – „Nie rozumiesz. Pojutrze wyjeżdżam do Indii,
aby zobaczyć się z wyjątkową Osobą”.
Wypiąłem
dumnie pierś i powiedziałem: „Jestem reporterem, zjeździłem świat. Byłem w
Indiach. Jest szansa, że rozpoznam nazwisko tej Osoby, którą zamierzasz
odwiedzić”. Roześmiała się i powiedziała: „Wątpię. Właściwie powiedziałabym, że
w całym stanie Ohio nie ma prawdopodobnie drugiego mężczyzny, który słyszałby
imię tej Osoby, poza garstką Jego wielbicieli”. Powiedziałem: „Dobrze, poddaję
się. Kto to jest?”. „Nazywa się Śri Sathya Sai Baba”.
Powinniście
zobaczyć jej reakcję, kiedy powiedziałem, że znam to imię i opowiedziałem jej o
tych dwóch wydarzeniach, które przed chwilą wam opisałem. To przynajmniej
odrobinę zmieniło jej stosunek na mnie. To był grudzień 1996 roku. Kiedy
wróciła z Indii, zasypałem ją pytaniami: Jak wygląda aszram? Jaki jest
Baba? Czy powiedział coś do ciebie? Rosło we mnie pragnienie, aby Go osobiście
zobaczyć.
Adwajta i „zbieg okoliczności”
Moja
pierwsza próba wyjazdu została udaremniona, gdy pewnej nocy zemdlałem – co
nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło – i złamałem kostkę, co wymagało wstawienia
metalowej płytki. Nie mogłem wyruszyć w podróż.
Jednak
krótko przed moją pierwszą wizytą u Sai Baby, Jody i ja odkryliśmy coś
niezależnie od siebie: oboje od dawna interesowaliśmy się adwajtą
(niedwoistością). Zdaliśmy sobie sprawę, że oboje ogromnie interesowaliśmy się
najważniejszą nauką Sai Baby na długo przed tym, zanim Go poznaliśmy. Cóż za
niezwykły „zbieg okoliczności” w uprzemysłowionym, zapracowanym mieście, takim
jak Cleveland, gdzie ludzie zazwyczaj trzymają się tradycyjnych kościołów,
synagog i meczetów.
W mieście
takim jak Cleveland, gdzie życie koncentruje się wokół ciężkiej pracy i
tradycyjnego kultu, temat niedwoistości jest rzadko poruszany. A jednak, nie
wiedząc o sobie nawzajem, Jody i ja byliśmy w tym samym mieście, w tym samym
czasie, czytaliśmy dokładnie tę samą książkę o niedwoistości – jeszcze zanim
dowiedzieliśmy się o niej od Sai Baby. Dla mnie ta nauka zaczęła się w
krytycznym momencie mojego życia, w 1989 roku.
Książka ta
nosi tytuł „Kurs cudów”. Dla jednych jest to pozycja dobrze znana, dla
innych zupełnie nowa. Tytuł nie oddaje w pełni jej głębi. Jest to tekst, który
łączy się bezpośrednio z naukami Sai Baby – ja jestem tego żywym dowodem.
Książka głosi, że wszystko jest Bogiem. Twierdzi, że nic z tego co widzimy
wokół nas, nie jest rzeczywiste – ani światła, ani lustro, ani ściany. Uczy, że
wszyscy jesteśmy aktorami w śnie, odgrywającymi swoje role, dopóki się nie
obudzimy. A budzimy się dlatego, że sen w końcu dobiega końca. Celem
przebudzenia jest uświadomienie sobie naszej prawdziwej tożsamości:
przebudzenie do prawdy o jedności wszystkiego – innymi słowy, poznanie tego,
czym naprawdę jest nasza Atma.
Zachodnia ścieżka do adwajty
„Kurs
cudów” został napisany w Ameryce w latach 60. XX wieku. Jest to licząca 1300
stron książka zawierająca 365 obszernych i złożonych lekcji. Niektóre z nich
doprowadzały mnie do wściekłości, ponieważ nie potrafiłem ich rozumieć. Wierzę,
że jej celem było przybliżenie koncepcji niedwoistości (Adwajta Wedanty)
ludziom żyjącym na Zachodzie.
Różnica
kulturowa jest ogromna. Dla Hindusów niedwoistość nie jest niczym nowym, choć
rozumiem, że współczesne pokolenia mogą nie skupiać się na niej tak bardzo jak
robili to ich przodkowie. Ale dla nas na Zachodzie całkowicie wywraca do góry
nogami całą naszą koncepcję religii i duchowości. To prawdziwy wstrząs.
Studiowałem
tę książkę co tydzień przez 28 lat, bez względu na to, gdzie na świecie
mieszkałem. Jednak, kiedy zaczynałem, uznałem ją za niesamowicie trudny tekst
do zaakceptowania. Pewnej niedzieli tak się zdenerwowałem, że rzuciłem książką
przez cały pokój. Przysiągłem, że nigdy więcej jej nie otworzę. Ta przysięga
wytrwała dokładnie dwa tygodnie. Kiedy ponownie wziąłem ją do ręki, otworzyłem
na chybił trafił i przeczytałem pierwszy akapit, na którym spoczął mój palec.
Brzmiał on tak:
„Ten kurs można podsumować w
bardzo prosty sposób:
1. Niczemu, co rzeczywiste, nie można zagrozić.
2. To, co nierzeczywiste, nie istnieje.
3. W tym zawiera się pokój Boży”.
W jednej
chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Te trzy zdania wyjaśniły mi całą
książkę.
Potwierdzenie Baby
Lata
później, podczas interview z Sai Babą, miałem okazję zapytać Go bezpośrednio o
„Kurs cudów”. Około 16 lub 17 lat temu zebrałem się na odwagę i zapytałem:
„Baba, czy to Ty napisałeś Kurs Cudów?”.
Bez
wahania odpowiedział stanowczo jednym słowem: „Tak”.
Rok
później wróciłem do Puttaparthi z grupą wielbicieli z Cleveland, którzy również
studiowali „Kurs cudów”. Bałem się zadać to pytanie ponownie, obawiając się, że
dostanę inną odpowiedź i wyjdę na głupca. Mimo to zapytałem: „Baba, czy to Ty
napisałeś Kurs Cudów?”.
„Tak” – odpowiedział szybko.
Ale tym razem dodał krótkie uzupełnienie, które zostało ze mną na zawsze: „To
najlepsza książka, jaką kiedykolwiek napisałem”.
Cel: przebudzenie
Długo
rozmyślaliśmy nad tymi słowami. Wiedziałem wtedy, że jestem na najgłębszych
wodach duchowości. To był mój rozkaz od Baby, by iść naprzód.
Przesłanie
Baby skierowane do nas dotyczy wyłącznie „przebudzenia”. Można powiedzieć, że
dotyczy wielu innych rzeczy, ale ostatecznie chodzi o przebudzenie każdego z
nas. Wiem, że przekonuję już przekonanych, być może są teraz wśród nas osoby,
które są w pełni zrealizowanymi dźiwanmuktami (wyzwolonymi duszami).
Spotkaliśmy w naszym życiu jedną taką osobę – bliskiego przyjaciela, z którym
przeprowadziłem wywiad dla SoulJourn.
Jeśli
chodzi o mnie, uczę się bardzo powoli. Ale zrozumiałem, że teraz nadszedł
właściwy czas. Ironia polega na tym, że tak naprawdę nie trzeba robić zbyt
wiele; nie trzeba w nieskończoność ślęczeć nad książkami. To przychodzi samo,
gdy tylko postanowisz, że chcesz to osiągnąć.
Nieoczekiwane zaproszenie
Przenieśmy
się do roku 2008, na trzy dni przed Bożym Narodzeniem. Siedziałem na zimnej
marmurowej posadzce w świątyni w Prasanthi Nilayam. Był wczesny poranek i wciąż
było ciemno. Nagle ktoś poklepał mnie po ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem
starszego pana, którego nie znałem. To był Mike Congleton z południowej
Kalifornii.
Nie
przedstawił się, po prostu wyraził swoją prośbę. Myślałem, że poprosi mnie, bym
się przesunął, ale zamiast tego zapytał: „Czy zechciałbyś być naszym mówcą
podczas świąt Bożego Narodzenia tutaj, w świątyni, w boskiej obecności?”.
Omal nie wybuchnąłem
śmiechem.
Przerażenie mówcy
Powtórzył
pytanie, a ja zacząłem się naprawdę bać. Zapytałem: „Dlaczego prosisz mnie o
to?”. On po prostu oczekiwał odpowiedzi. Zdenerwowany pomyślałem, że może
powinienem go uciszyć, mówiąc „tak”, a szczegółami martwić się później. Nie
mogłem uwierzyć, kiedy usłyszałem, jak mówię „tak” – zgodziłem się być mówcą w
dzień Bożego Narodzenia w boskiej obecności.
Poza wymuszonym uśmiechem na
mojej twarzy, były to najtrudniejsze święta Bożego Narodzenia w moim życiu.
Nigdy nie byłem tak przerażony. Powiedziałem Jody, że gdybym miał samochód
zaparkowany na zewnątrz, wsiadłbym do niego i pojechał prosto do domu w
Cleveland, choćby przez ocean. Ale gdy tylko przemówienie się skończyło –
krótkie 23-minutowe – stały się to najlepsze święta Bożego Narodzenia w moim
życiu.
Mówienie prosto z serca
Jak
przygotować przemówienie, które ma zostać wygłoszone w boskiej obecności? Nie
jestem intelektualistą ani profesorem. Mianowałem Jody moją redaktorką, bo
potrafi być wymagająca. Te trzy dni minęły boleśnie szybko. Pierwsze trzy
szkice wylądowały w koszu, nie wiedziałem jeszcze, jak mówić prosto z serca.
Poprosiłem Babę o pomoc, a On mi jej udzielił. W końcu ujrzałem światło:
miałem mówić o SoulJourn, stronie internetowej, nad którą Jody i ja
pracujemy od 22 lat. Przeprowadziliśmy ponad 400 duchowych wywiadów, z czego 95
procent z wielbicielami Sai Baby, którzy dzielili się tym, jak On przemienił
ich serca.
To nie
mogło pochodzić z mojego ego. To nie miało być przemówienie o tym, że nasz
projekt stał się sewą (służbą) dla innych, to miało być przemówienie o
tym, jak ten projekt stał się sewą dla mnie. Był to dar od Baby, dzięki
któremu nie będę już „Niewiernym Tomaszem”. Przez 22 lata to On kierował do
mnie ludzi, abym mógł siedzieć u ich stóp i się uczyć. Wśród nich byli ludzie
zrealizowani duchowo. Kiedy przebywa się w obecności takiej istoty, czuje się
magnetyczną siłę przyciągania.
Wezwanie do przebudzenia
Być może
znacie list, który Baba napisał do pewnego wielbiciela, zatytułowany „Obudź
się, obudź się, obudź się”. Pisze w nim, że śpimy i śnimy od tysięcy wcieleń.
Stwierdza, że czas na przebudzenie jest teraz – nie za kolejne sto lat ani w
kolejnym wcieleniu.
Oddzielenie
nie jest już porządkiem dnia. Baba mówi: „Oddzieliłem siebie od samego siebie,
abym mógł bardziej kochać siebie. To doświadczenie dobiegło końca. Chcę, aby
wszystkie części Mnie powróciły i zjednoczyły się ze Mną, jedyną prawdziwą
Jaźnią”. Prosi nas o powtarzanie mantry: „Jestem Bogiem. Jestem Bogiem. Nie
różnię się od Boga”.
Lekcja Phyllis Krystal
Kilka lat
temu poleciałem do Londynu, aby przeprowadzić wywiad z Phyllis Krystal z okazji
jej 102. urodzin. Miała silną wolę i charyzmę. Podczas wywiadu opowiedziała mi
historię o najtrudniejszym momencie, jaki przeżyła w rozmowie z Sai Babą.
Baba
spojrzał na nią i powiedział: „Pani Krystal, proszę powtarzać za mną: Jestem
Bogiem”. Zapadła cisza. „Pani Krystal, proszę powiedzieć za mną: Jestem
Bogiem”. Odpowiedziała: „Och, Baba, nie mogę tego powiedzieć. To sprzeczne z
zasadą wiary, w której zostałam wychowana. Byłam osobą praktykującą w Kościele
anglikańskim; to byłoby uznane za herezję”.
Baba
nalegał: „Pani Krystal, proszę powtórzyć za Mną: Jestem Bogiem”. Powiedziała
mi, że wyszeptała prawie niesłyszalnie: „Jestem Bogiem”. „GŁOŚNIEJ!” – padło
polecenie. „GŁOŚNIEJ, PANI KRYSTAL! GŁOŚNIEJ!”. W końcu niemal wykrzyczała:
„JESTEM BOGIEM!”.
Powiedziała
mi, że to było jak wyrywanie zęba. Była to najtrudniejsza rzecz, jaką
kiedykolwiek zrobiła. Doświadczenie to pokazało, jak ciężko Baba pracuje z
nami, aby przełamać nasze uwarunkowania. On chce, abyśmy rozpoznali naszą
najprawdziwszą tożsamość: istnienie, świadomość i błogość.
Kochamy śnić
Dlaczego
jeszcze się nie obudziliśmy? Doszedłem do wniosku: lubimy śnić. Kochamy
„wynalazki”, które Baba dla nas stworzył – rodziny, wygodne domy, wakacje,
szkoły, a nawet nasze projekty sewy i bhadżany. Nie jesteśmy w
pełni przebudzeni, ponieważ w naszym życiu jest zbyt dużo „hałasu”. Tak bardzo
kochamy ten sen, że zapominamy wyciszyć się na tyle długo, by odnaleźć
Śniącego.
Podsumowanie: wybór
Droga do Atmy polega na osiągnięciu stanu
równowagi. Większość z nas znajduje się na emocjonalnej kolejce górskiej – w
górę, gdy sprawy idą dobrze, w dół, gdy nie idą pomyślnie. Prawdziwa równowaga
jest jak prosta linia, która się nie zmienia. Kiedy pozostajesz spokojny i
trwasz w Absolucie bez względu na hałas świata, zbliżasz się do własnego
przebudzenia.
Nie
jesteśmy jedynie ludźmi dążącymi do duchowego doświadczenia, jesteśmy Boskością
doświadczającą człowieczeństwa. Przyjmijmy to nasze przyrodzone prawo i kroczmy
ścieżką ku Atmie z odwagą, miłością i
radosnym oczekiwaniem przebudzenia.
Ekspresem do wyzwolenia
Rozproszenia a „szybka
droga”
Jest tak
wiele rzeczy, które nas rozpraszają. Wciąż kocham ten sen, ale coraz mniej się
do niego przywiązuję. Macie słowo Baby, że osiągniecie wyzwolenie. Wszystkie
ścieżki, którymi podążacie – projekty służebne, bhadżany, powtarzanie
imion Pana, pudże i naśladowanie
miłości Baby – prowadzą nas do przebudzenia.
Wierzę
jednak, że istnieje „szybsza droga”. Mówię to na podstawie moich obserwacji
ludzi, którzy już osiągnęli ten stan. Nazywam ją „Ekspresem” – pracą nad
przebudzeniem tak, jakby zależało od tego całe wasze życie. Pragniemy wyjść
poza ograniczenia ziemskiego życia i odkryć naszą najprawdziwszą tożsamość.
Przebudzona służba (sewa)
Ludzie
pytają: „Ted, co z moimi projektami służebnymi i bhadżanami, które
poprawiają jakość życia tak wielu osób?”. Kiedy istoty ludzkie się przebudzają,
stopniowo tracą ego. Na początku może to być dziesięć procent czasu, ale
ostatecznie tracą je całkowicie. Ich światowa tożsamość maleje, znikają
przywiązania i pragnienia. Pojawiają się bezgraniczne współczucie, pokora i
miłość.
Na tym etapie sama obecność
staje się ich sewą. Nie porzuca się pracy służebnej ani praktyk
duchowych. Dalej praktykujesz, ale z wyższego poziomu świadomości. Służba tych
oświeconych istot, które chodzą wśród nas, polega po prostu na promieniowaniu
miłością i boskim uzdrawianiem. Wszyscy korzystamy z przebywania w ich pobliżu,
nawet nie wiedząc, dlaczego. Dlaczego więc nie może się to przydarzyć każdemu z
nas w tym wcieleniu?
Pytania i odpowiedzi
Greg: Ted, wspomniałeś, że
czujesz, iż daleko ci jeszcze do samoświadomości. Dlaczego więc tak ciężko
pracować nad czymś, co osiąga tak niewielu ludzi?
Ted: Chciałbym wyprowadzić cię z błędu. To nie jest
„ciężka praca”. To najważniejsza rzecz, jaką chcę robić. To podróż pełna
odkryć i ciągłych objawień. Kiedyś myślałem, że mogę po prostu wykorzystać
stare przemówienia, ale zrozumiałem, że nie jestem już tym samym człowiekiem co
rok temu. To nie praca, to poczucie odkrywania.
Greg: Jakie ćwiczenia duchowe poleciłbyś komuś, kto pragnie pogłębić
świadomość swojej prawdziwej tożsamości?
Ćwiczenie 1: Samopoznanie
Sięgnijcie
do nauk Baby. Często wspominał Ramanę Maharshiego i ścieżkę opartą na pytaniu
„Kim jestem?”. Podejmij wyzwanie i rozmawiaj o przebudzeniu. Często brakuje
zainteresowania tym tematem, bo wydaje się on zbyt wzniosłym celem, ale jeśli
zdecydujecie się spróbować, wasze życie wypełni się objawieniami.
Ćwiczenie 2: Przypomnienie
co 30 minut
Jody i ja
robimy to każdego dnia. Ustawiamy alarm w telefonie, by dzwonił co 30 minut.
Baba mówił, że nikt nie potrafi medytować dłużej niż kilka sekund. Dlatego co
pół godziny robimy pięcio- lub sześciosekundową przerwę, aby przypomnieć sobie,
kim naprawdę jesteśmy. Każdy może to zrobić, bez względu na to, jak bardzo jest
zajęty.
Oznaki postępu: wewnętrzna równowaga
Greg: Czy są jakieś znaki
świadczące o tym, że jesteśmy na właściwej ścieżce?
Ted: Zwracaj uwagę na stopniowe osłabienie ego i rozwój
pokory. Ważne jest także kochanie samego siebie. Baba mówił: „Jesteś Bogiem,
lepiej żebyś kochał siebie”. Ale najprawdziwszą miarą jest wewnętrzna
równowaga. Większość ludzi żyje na emocjonalnej huśtawce – góra przy sukcesie,
dół przy porażce. Prawdziwa równowaga to spokojna, prosta linia. Nie chwieje
się. Gdy zauważysz, że pozostajesz spokojny i trwasz w Absolucie bez względu na
hałas świata, zbliżasz się do swojego przebudzenia.
Końcowe refleksje i łaska Baby
Greg: Czy wciąż poszukujecie
ludzi do wywiadów dla SoulJourn?
Ted: Oczywiście. Szukamy ludzi, którzy emanują brakiem
ego i współczuciem. Baba podaje nam ich na srebrnej tacy. Właśnie dzisiaj
otrzymałem od przyjaciela cytat, który idealnie podsumowuje cały ten temat.
Baba mówi:
„Są tacy,
którzy myślą, że świat jest prawdziwy, i inni, którzy uważają, że jest
nieprawdziwy. Naprawdę rzadki jest błogosławiony człowiek, który nie myśli, ale
jest zawsze spokojny, trwając w Absolucie”.
Mówi o mokszy
(wyzwoleniu) – ciszy na dnie oceanu. Kiedy ograniczamy nasze myśli, odnajdujemy
błogość sat-ćit-ąnandę (istnienie-świadomość-błogość). O ile jesteśmy w
stanie pojąć „istnienie” i „świadomość”, o tyle „błogość” doświadczamy jedynie
tylko przez krótką chwilę. To właśnie ją odnajdujesz w absolutnej ciszy.
Greg: Dziękuję, Tedzie Henry, za tę
fascynującą rozmowę o ścieżce do odkrycia, że wszyscy jesteśmy Atmą.
– opracowanie i tłumaczenie:
E.GG. (przy wsparciu AI)