Przemówienie Leonarda Guttera
w dniu 24 listopada 2025 w Sai Prema Nilayam
w Kalifornii, podczas 11. Światowej Konferencji Organizacji Sai

Leonardo Pablo Gutter, psycholog z zawodu, jest wolontariuszem w SSSIO (Organizacja Sathya Sai) od ponad czterech dekad. Miał wiele osobistych kontaktów ze Swamim. Podróżował po całej Ameryce Łacińskiej i z oddaniem budował tamtejszy ruch SSSIO.

Wcześniej pełnił funkcję przewodniczącego Strefy 2 Organizacji Sai w Ameryce Łacińskiej. Jest członkiem-założycielem Śri Sathya Sai Trust w Argentynie. Obecnie jest przewodniczącym Śri Sathya Sai World Foundation (Światowej Fundacji Śri Sathya Sai), członkiem Rady Prasanthi oraz współprzewodniczącym Komitetu ds. Własności Intelektualnej. Jest inspiracją dla nas wszystkich. Od ponad 40 lat pracuje w branży rozrywkowej i reprezentuje w Ameryce Łacińskiej wiele największych amerykańskich, europejskich i japońskich studiów telewizyjnych i filmowych. Kilka dni temu brat Manfred powiedział, przedstawiając Leonarda, że on zawsze żegna się słowami „Z całą moją miłością”. Jest żywym przykładem przesłania Swamiego „kochaj wszystkich, służ wszystkim” (Love All Serve All).
Składam moje pokorne ukłony u boskich
lotosowych stóp naszego ukochanego Mistrza i Pana, Bhagawana Sathya Sai, z całą
moją miłością do was wszystkich. Swami jest w naszych sercach. Więc składam
ukłony Swamimu w was. Mam nadzieję, że Swami dokona teraz kolejnego cudu,
ponieważ chciałbym podzielić się z wami wieloma doświadczeniami, a czasu jest
niewiele.
Z natury byłem wielkim sceptykiem.
Musiałem zobaczyć coś dwa, trzy, a nawet cztery razy, żeby uwierzyć i myślę, że
dlatego Swami dał mi tak wiele dowodów Swojej boskości. Kilkoma z nich już się
z wami podzieliłem. Wybrałem 27 zdarzeń, którymi chciałbym się dzisiaj
podzielić. Pokazałem je Narendrze, który słyszał już wiele z nich. Myślę, że
jeśli pewnego dnia mnie tu nie będzie, poproszę go, aby przemawiał w moim
imieniu, ponieważ zna je wszystkie na pamięć. Kiedyś byłem w innej duchowej
organizacji. Wierzyliśmy w innego mistrza duchowego. Dopiero potem usłyszałem o
Swamim i miałem niezwykły sen, z którym dzieliłem się z wami już wiele razy.
Wtedy postanowiłem pojechać do Indii, aby Go zobaczyć.
Z natury byłem wielkim sceptykiem. Musiałem zobaczyć coś dwa, trzy, a nawet cztery razy, żeby uwierzyć i myślę, że dlatego Swami dał mi tak wiele dowodów Swojej boskości. Kilkoma z nich już się z wami podzieliłem. Wybrałem 27 zdarzeń, którymi chciałbym się dzisiaj podzielić. Pokazałem je Narendrze, który słyszał już wiele z nich. Myślę, że jeśli pewnego dnia mnie tu nie będzie, poproszę go, aby przemawiał w moim imieniu, ponieważ zna je wszystkie na pamięć. Kiedyś byłem w innej duchowej organizacji. Wierzyliśmy w innego mistrza duchowego. Dopiero potem usłyszałem o Swamim i miałem niezwykły sen, z którym dzieliłem się z wami już wiele razy. Wtedy postanowiłem pojechać do Indii, aby Go zobaczyć.
Pierwsze darszany i początki doświadczeń
Podczas mojego pierwszego pobytu Swami
odwiedzał południowe Indie i nikt nie wiedział, kiedy dokładnie wróci. Czekałem
na Niego i nagle moje serce zaczęło bić bardzo intensywnie. Pomyślałem: „Co się
ze mną dzieje?”. W tym momencie nadjechał samochód Swamiego. Od tamtego dnia
zawsze wiedziałem, kiedy wyjdzie na darszan, ponieważ moje serce
zaczynało bić bardzo mocno. Zawsze mówiłem, że moje serce rozpoznało Go
znacznie wcześniej niż mój umysł. Podczas mojego pierwszego darszanu
podszedł do mnie. Było bardzo niewielu ludzi z Zachodu. Siedziałem w pierwszym
rzędzie, dokładnie w miejscu, gdzie Swami wciągał flagę Prasanthi Nilayam.
Wszystkie płatki kwiatów spadły na mnie i na innych ludzi dookoła. Pierwsze co
do Niego powiedziałem, to: „Swami, chcę Cię zobaczyć”. Spojrzał na mnie, a w
moim umyśle usłyszałem: „Przecież teraz Mnie widzisz”. Wtedy powiedziałem już
na głos: „Ale ja jestem dziennikarzem”. Roześmiał się i odszedł. Od tego
momentu zaczęły mi się przydarzać różne doświadczenia z Nim. Każdego dnia podpisywał
mi zdjęcia, udzielał padnamaskaru (pozwalał dotknąć stóp) lub podpisywał
książki. Myślałem, że to normalne i nie zdawałem sobie sprawy, jak jestem
uprzywilejowany. Jeden cud następował po drugim. Kiedy wróciłem z Indii do
Argentyny, jedyną rzeczą, której pragnąłem, było dzielenie się wiedzą o Jego
istnieniu. Chciałem, żeby wszyscy wiedzieli. Więc jeździłem wszędzie, do
każdego zakątka Argentyny, aby o Nim mówić. Wydarzyło się wiele cudów.
Cudowne Spotkania w Argentynie i Paragwaju
Pewnego dnia planowaliśmy spotkanie w
mieście Kordoba, oddalonym o 900 kilometrów od Buenos Aires. W tamtym czasie w
Argentynie bardzo niewiele osób wiedziało o Swamim – może 10, 20, 30 osób w
Buenos Aires. Ale jednak pojechaliśmy do tego miasta i sala w dużym teatrze
była całkowicie wypełniona. Nigdy nie szukaliśmy małych sal. Zawsze były to
sale na 300, 500, a nawet 1000 miejsc, zawsze całkowicie wypełnione. Po mojej
przemowie i pokazie filmu, wszedłem na scenę, aby odpowiadać na pytania. Nagle
pewna osoba podniosła rękę i powiedziała: „Chcę się czymś podzielić”.
Powiedziałem: „Proszę, mów”.
Powiedział, że mieszka w innym
mieście, 400 kilometrów od Kordoby. Dzień wcześniej tak pokłócił się z żoną, że
postanowił opuścić dom. Poszedł na dworzec autobusowy, wsiadł w pierwszy
autobus, jaki znalazł i dotarł do Kordoby. Poszedł do hotelu. Cierpiał na wrzód
żołądka, a zapomniał zabrać ze sobą lekarstw. Wiem, jak to boli, bo sam miałem
wrzód. Jest to uczucie, jakbyś miał nóż w plecach. W środku nocy obudził się z
bólu i nie mógł nawet wstać z łóżka, aby zadzwonić po obsługę hotelu. Zresztą,
w tym hotelu nie było obsługi. Cierpiał tak straszny ból, że nie mógł pójść do
apteki. W tym momencie w jego pokoju pojawiła się jakaś osoba i powiedziała mu,
aby się uspokoił i położył. Następnie wyciągnęła rękę nad jego żołądkiem, bez
dotykania go, a ból natychmiast zniknął. Ta osoba też zniknęła. Nie wiedział
kim była. Następnego dnia rano przeczytał w gazecie bardzo wyraźne ogłoszenie o
naszym publicznym spotkaniu. Jego uwagę przyciągnęły słowa: „wstęp wolny”. Nie
miał nic do roboty, więc pomyślał: „Pójdę”. Zobaczył film, a w nim zobaczył
osobę, która pojawiła się w jego pokoju – był to Bhagawan Sathya Sai Baba.
Inna historia z dawnych czasów, kiedy
to wszystko zaczynało się w Argentynie. Jeden z wielbicieli z Buenos Aires
postanowił pojechać do miasta blisko Kordoby, aby spotkać się z dawnym
przyjacielem. Trzydzieści lat wcześniej razem podążali duchową ścieżką i chciał
podzielić się z nim wiadomością o Swamim. Kiedy dotarł do jego domu,
powiedział: „Muszę ci powiedzieć, że na Ziemi jest teraz Awatar. Nazywa się
Sathya Sai Baba”. Zaczął mu wszystko o Nim opowiadać. Przyjaciel był bardzo
zainteresowany, ponieważ obaj byli na duchowej ścieżce, wciąż czegoś
poszukując. Później pokazał mu zdjęcie Swamiego. Kiedy przyjaciel je zobaczył,
bardzo się zdenerwował. Powiedział: „Dlaczego robisz mi takie żarty? Myślałem,
że po tylu latach jesteśmy przyjaciółmi!”. Kiedy udało się go uspokoić,
wyjaśnił, co się stało. Dzień wcześniej Sai przyszedł do jego domu, pił z nim matę[1]
– to argentyński napar, który pije się z tykwy przez słomkę. Rozmawiał z nim,
pił z nim matę, a potem wyszedł. Przyjaciel myślał, że to był po prostu
jakiś człowiek, który przyszedł do jego domu. Dopiero następnego dnia
zrozumiał, że był to Sathya Sai Baba. W ten sposób Sai Baba dał się poznać nie
tylko w Ameryce Łacińskiej, ale na całym świecie.
Powiedział, że mieszka w innym mieście, 400 kilometrów od Kordoby. Dzień wcześniej tak pokłócił się z żoną, że postanowił opuścić dom. Poszedł na dworzec autobusowy, wsiadł w pierwszy autobus, jaki znalazł i dotarł do Kordoby. Poszedł do hotelu. Cierpiał na wrzód żołądka, a zapomniał zabrać ze sobą lekarstw. Wiem, jak to boli, bo sam miałem wrzód. Jest to uczucie, jakbyś miał nóż w plecach. W środku nocy obudził się z bólu i nie mógł nawet wstać z łóżka, aby zadzwonić po obsługę hotelu. Zresztą, w tym hotelu nie było obsługi. Cierpiał tak straszny ból, że nie mógł pójść do apteki. W tym momencie w jego pokoju pojawiła się jakaś osoba i powiedziała mu, aby się uspokoił i położył. Następnie wyciągnęła rękę nad jego żołądkiem, bez dotykania go, a ból natychmiast zniknął. Ta osoba też zniknęła. Nie wiedział kim była. Następnego dnia rano przeczytał w gazecie bardzo wyraźne ogłoszenie o naszym publicznym spotkaniu. Jego uwagę przyciągnęły słowa: „wstęp wolny”. Nie miał nic do roboty, więc pomyślał: „Pójdę”. Zobaczył film, a w nim zobaczył osobę, która pojawiła się w jego pokoju – był to Bhagawan Sathya Sai Baba.
Inna historia z dawnych czasów, kiedy to wszystko zaczynało się w Argentynie. Jeden z wielbicieli z Buenos Aires postanowił pojechać do miasta blisko Kordoby, aby spotkać się z dawnym przyjacielem. Trzydzieści lat wcześniej razem podążali duchową ścieżką i chciał podzielić się z nim wiadomością o Swamim. Kiedy dotarł do jego domu, powiedział: „Muszę ci powiedzieć, że na Ziemi jest teraz Awatar. Nazywa się Sathya Sai Baba”. Zaczął mu wszystko o Nim opowiadać. Przyjaciel był bardzo zainteresowany, ponieważ obaj byli na duchowej ścieżce, wciąż czegoś poszukując. Później pokazał mu zdjęcie Swamiego. Kiedy przyjaciel je zobaczył, bardzo się zdenerwował. Powiedział: „Dlaczego robisz mi takie żarty? Myślałem, że po tylu latach jesteśmy przyjaciółmi!”. Kiedy udało się go uspokoić, wyjaśnił, co się stało. Dzień wcześniej Sai przyszedł do jego domu, pił z nim matę[1] – to argentyński napar, który pije się z tykwy przez słomkę. Rozmawiał z nim, pił z nim matę, a potem wyszedł. Przyjaciel myślał, że to był po prostu jakiś człowiek, który przyszedł do jego domu. Dopiero następnego dnia zrozumiał, że był to Sathya Sai Baba. W ten sposób Sai Baba dał się poznać nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale na całym świecie.
Wibhuti na Kubie i cudowne uzdrowienie serca
Pewnego dnia stewardesa, która leciała
na Kubę, przyszła do mnie i zapytała: „Czy ma pan zdjęcie Sai Saby? Lecę na
Kubę”. Chciała dać to zdjęcie nauczycielowi hatha jogi, którego poznała
podczas wcześniejszej podróży i z którym rozmawiała o Swamim. Oczywiście, dałem
jej zdjęcie Swamiego. Zabrała je tam i wręczyła temu nauczycielowi. Kilka dni
po otrzymaniu zdjęcia, zaczęło się na nim materializować wibhuti. W tym
czasie jeden z jego uczniów miał przejść operację serca. Nauczyciel wziął
trochę tego wibhuti i dał je chłopcu. Operacja była zaplanowana na
następny dzień. Kiedy zabrano chłopca na salę operacyjną, lekarze
przeprowadzili badania kontrolne i okazało się, że problem zniknął. Był
całkowicie uzdrowiony, a operacja nie była potrzebna. Wiadomość o tym cudzie
zaczęła się rozprzestrzeniać na Kubie. Z czasem powstały grupy Sai na całej
wyspie. Mówiłem o tym również w obecności Swamiego. Nawet tajna policja, która
przychodziła na spotkania, stała się wielbicielami Sai.
UFO, kosmiczne życie i niezwykła wizyta
Zanim wszedłem na ścieżkę Sai, jeszcze
wcześniej, zanim wstąpiłem do organizacji Radża Joga, bardzo
interesowałem się UFO. Wierzyłem, że istnieją inne formy życia na innych
planetach. Później, pewnego dnia mieliśmy spotkanie małej grupy Sai (około 50
osób), w weekendowym domu w Argentynie. Mieliśmy takie małe rekolekcje, a po
całodziennym programie wyszliśmy do ogrodu. Leżeliśmy na trawie, patrząc w
niebo. Nagle na niebie pojawiło się światło, które wykonało trzy szybkie ruchy.
Wszyscy zastanawiali się: „Co to jest?”. Moja wiara w UFO jeszcze bardziej
wzrosła i pomyślałem: „Kto może powiedzieć mi prawdę, czy ono istnieje, czy
nie?”. Kto inny, jak nie Swami?
Problem polega na tym, że kiedy masz
interview ze Swamim, On może zapytać mnie o cokolwiek, a ja… W głowie mogę mieć
sto pytań, ale z moich ust wychodzi tylko: „Wszystko dobrze, Swami”. Pewnego
dnia miałem interview. Na końcu Swami wstał, wziął torbę z wibhuti, aby
je rozdać. Kiedy On kończy interview, nie można Mu powiedzieć: „mam
pytanie”. Mimo to podniosłem się na kolana i powiedziałem: „Swami, potrzebuję
pomocy”. Podszedł do mnie blisko i bardzo mocno chwycił mnie za ramię. Patrzył
mi prosto w oczy. Powiedziałem: „Swami, jest film The Order of the Divinity
(Zakon Boskości), w którym aktor mówi, że nie ma życia w żadnej części
wszechświata poza Ziemią”. Byłem zaskoczony, że byłem w stanie to wszystko
powiedzieć Swamimu, a On był na tyle cierpliwy, że mnie wysłuchał. Powiedział:
„Nie, tak nie jest”. I patrząc mi prosto w oczy, zaczął mówić dalej. Niestety,
większość tego, co powiedział nie pamiętam, bo patrzyłem w Jego oczy i nagle
zatraciłem się w Jego oczach. To tak, jakbym przestał słyszeć, przestał widzieć,
jakbym wszedł w inny wymiar. Potem wracałem i znowu w Jego oczach się
zatracałem. Ale jedno usłyszałem i to pamiętam: „Życie istnieje w całym
Wszechświecie. Nie ma ani jednego atomu w całym Wszechświecie, które byłoby
pozbawione życia. Nawet na Słońcu są formy życia, których nie możesz
zrozumieć”. W pewnym momencie pomyślałem: „Jakie mam szczęście, że On tak mocno
ściska moje ramię”. Odwrócił wzrok od moich oczu, spojrzał na swoją dłoń na
moim ramieniu i odszedł, dając mi do zrozumienia, że wie dokładnie o czym
myślę.
Problem polega na tym, że kiedy masz interview ze Swamim, On może zapytać mnie o cokolwiek, a ja… W głowie mogę mieć sto pytań, ale z moich ust wychodzi tylko: „Wszystko dobrze, Swami”. Pewnego dnia miałem interview. Na końcu Swami wstał, wziął torbę z wibhuti, aby je rozdać. Kiedy On kończy interview, nie można Mu powiedzieć: „mam pytanie”. Mimo to podniosłem się na kolana i powiedziałem: „Swami, potrzebuję pomocy”. Podszedł do mnie blisko i bardzo mocno chwycił mnie za ramię. Patrzył mi prosto w oczy. Powiedziałem: „Swami, jest film The Order of the Divinity (Zakon Boskości), w którym aktor mówi, że nie ma życia w żadnej części wszechświata poza Ziemią”. Byłem zaskoczony, że byłem w stanie to wszystko powiedzieć Swamimu, a On był na tyle cierpliwy, że mnie wysłuchał. Powiedział: „Nie, tak nie jest”. I patrząc mi prosto w oczy, zaczął mówić dalej. Niestety, większość tego, co powiedział nie pamiętam, bo patrzyłem w Jego oczy i nagle zatraciłem się w Jego oczach. To tak, jakbym przestał słyszeć, przestał widzieć, jakbym wszedł w inny wymiar. Potem wracałem i znowu w Jego oczach się zatracałem. Ale jedno usłyszałem i to pamiętam: „Życie istnieje w całym Wszechświecie. Nie ma ani jednego atomu w całym Wszechświecie, które byłoby pozbawione życia. Nawet na Słońcu są formy życia, których nie możesz zrozumieć”. W pewnym momencie pomyślałem: „Jakie mam szczęście, że On tak mocno ściska moje ramię”. Odwrócił wzrok od moich oczu, spojrzał na swoją dłoń na moim ramieniu i odszedł, dając mi do zrozumienia, że wie dokładnie o czym myślę.
Cud liczby 23 i wizja w metrze
Podróżowałem do Stanów Zjednoczonych w
sprawach zawodowych. Reprezentuję wytwórnie filmowe. Wtedy wytwórnie te
wyświetlały swoje nowe premiery na targach zabawek w Nowym Jorku. Miały odbyć
się spotkania grupowe z agentami, aby pokazać im, jak ich postacie są
przedstawione w różnych zabawkach. Miałem spotkania z Hasbro i Warner
Brothers. Hasbro pokazywało w jaki sposób wykorzystują Supermana i
inne postacie w swoich produktach. To było dla mnie bardzo ważne spotkanie,
ponieważ reprezentowałem jedną z najważniejszych firm. Spotkanie trwało od 8:00
do 12:00 i musiałem tam być. Tego samego dnia miałem też inne spotkanie w
centrum miasta, które odbywało się przy skrzyżowaniu ulic 34 i Piątej Alei. Dla tych, którzy znają Nowy Jork, na południu, a
drugie od 10 do 12 przy innym skrzyżowaniu 57 ulicy i Alei Madison,
czyli znacznie wyżej. Musiałem być na obu. Niestety nie rozwinąłem jeszcze
zdolności bilokacji. Około 20 minut przed 10:00 postanowiłem wyjść – oficjalnie
do łazienki, ale w rzeczywistości na drugie spotkanie. Wstałem z teczką i
wyszedłem, ale postanowiłem wrócić na to spotkanie. Pomyślałem: „Skoro wrócę na
to spotkanie, po co mi teczka?”. Wszedłem do pierwszego pokoju, jaki znalazłem
i zostawiłem tam teczkę. Wiedziałem, że nikt jej nie ruszy.
Udałem się na drugie spotkanie.
Poszedłem bocznymi ulicami i kiedy dotarłem do drugiego biura, spotkanie już
się rozpoczęło. W branży filmowej istnieje pewien standard; kiedy pokazują nową
animację na ekranie zaczyna się odliczanie: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1, zero
i obraz. Tym razem zaczęli od liczby 23. W moim życiu liczba 23, i myślę, że
także w waszym, jest znakiem obecności Swamiego. Kiedy to zobaczyłem,
pomyślałem: „Swami, jesteś tutaj”. A później: „Muszę dać znać ludziom, że ja
też tu jestem”. Zacząłem podnosić rękę i zadawać pytania. Chciałem, żeby
wiedzieli, że uczestniczyłem w spotkaniu. Po pięciu czy siedmiu pytaniach
uznałem: „Dobrze, już wiedzą, teraz mogę znowu iść do łazienki”. Wyszedłem,
pojechałem metrem na pierwsze spotkanie.
Kolejny cud wydarzył się, gdy wszedłem
do metra. było jedno wolne miejsce. To był luty w Nowym Jorku i zwykle o tej
porze nie ma wolnych miejsc. Zobaczyłem wolne miejsce, poszedłem i usiadłem. W
chwili, gdy usiadłem, przestałem widzieć rzeczywistość. Co ważne – nie
zamknąłem oczu. Mówią, że w ostatnim momencie życia widzi się całe swoje życie
w obrazach, jak film. To było tego rodzaju doświadczenie. Zobaczyłem moje
zachowania, które z duchowego punktu widzenia, nie były właściwe. Jeden obraz
za drugim. A potem było tak, jakby ktoś pstryknął palcami – chociaż nikt nie
pstryknął. Nagle wróciłem do rzeczywistości i zobaczyłem nazwę stacji, na
której miałem wysiąść. To było niewiarygodne, bo zaraz po tym, jak usiadłem,
wyszedłem z tej rzeczywistości, potem nagle wróciłem, gdy pociąg zatrzymał się
na mojej stacji. Wysiadłem więc i stanąłem na peronie. Myślałem: „Co mi się
stało? Co to było?”. Zacząłem sobie przypominać wszystkie zdarzenia, które mi
pokazano. Niektóre nie było łatwo zmienić. Idąc z powrotem do budynku Hasbro
zacząłem się targować ze Swamim. Powiedziałem: „Dobrze, Swami, jeśli to Ty mi
to pokazałeś i chcesz, żebym się zmienił, to musisz mi dać dowód, że to byłeś
Ty”. Przypomniałem sobie liczbę 23, która wiele dla mnie znaczy. Powiedziałem:
„Dobrze, jeśli pokażesz mi liczbę 23 jeszcze raz w jakiś specjalny sposób,
uwierzę, że to byłeś Ty”. Dotarłem do budynku. Wjechałem na górę i zanim
wszedłem do sali, poszedłem po swoją teczkę. Kiedy ją brałem, zauważyłem, że
ktoś przykleił do niej taśmą kartkę z liczbą 23.
Udałem się na drugie spotkanie. Poszedłem bocznymi ulicami i kiedy dotarłem do drugiego biura, spotkanie już się rozpoczęło. W branży filmowej istnieje pewien standard; kiedy pokazują nową animację na ekranie zaczyna się odliczanie: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1, zero i obraz. Tym razem zaczęli od liczby 23. W moim życiu liczba 23, i myślę, że także w waszym, jest znakiem obecności Swamiego. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem: „Swami, jesteś tutaj”. A później: „Muszę dać znać ludziom, że ja też tu jestem”. Zacząłem podnosić rękę i zadawać pytania. Chciałem, żeby wiedzieli, że uczestniczyłem w spotkaniu. Po pięciu czy siedmiu pytaniach uznałem: „Dobrze, już wiedzą, teraz mogę znowu iść do łazienki”. Wyszedłem, pojechałem metrem na pierwsze spotkanie.
Kolejny cud wydarzył się, gdy wszedłem do metra. było jedno wolne miejsce. To był luty w Nowym Jorku i zwykle o tej porze nie ma wolnych miejsc. Zobaczyłem wolne miejsce, poszedłem i usiadłem. W chwili, gdy usiadłem, przestałem widzieć rzeczywistość. Co ważne – nie zamknąłem oczu. Mówią, że w ostatnim momencie życia widzi się całe swoje życie w obrazach, jak film. To było tego rodzaju doświadczenie. Zobaczyłem moje zachowania, które z duchowego punktu widzenia, nie były właściwe. Jeden obraz za drugim. A potem było tak, jakby ktoś pstryknął palcami – chociaż nikt nie pstryknął. Nagle wróciłem do rzeczywistości i zobaczyłem nazwę stacji, na której miałem wysiąść. To było niewiarygodne, bo zaraz po tym, jak usiadłem, wyszedłem z tej rzeczywistości, potem nagle wróciłem, gdy pociąg zatrzymał się na mojej stacji. Wysiadłem więc i stanąłem na peronie. Myślałem: „Co mi się stało? Co to było?”. Zacząłem sobie przypominać wszystkie zdarzenia, które mi pokazano. Niektóre nie było łatwo zmienić. Idąc z powrotem do budynku Hasbro zacząłem się targować ze Swamim. Powiedziałem: „Dobrze, Swami, jeśli to Ty mi to pokazałeś i chcesz, żebym się zmienił, to musisz mi dać dowód, że to byłeś Ty”. Przypomniałem sobie liczbę 23, która wiele dla mnie znaczy. Powiedziałem: „Dobrze, jeśli pokażesz mi liczbę 23 jeszcze raz w jakiś specjalny sposób, uwierzę, że to byłeś Ty”. Dotarłem do budynku. Wjechałem na górę i zanim wszedłem do sali, poszedłem po swoją teczkę. Kiedy ją brałem, zauważyłem, że ktoś przykleił do niej taśmą kartkę z liczbą 23.
Ostrzeżenie
Teraz opowiem historię ku przestrodze.
Miałem interview ze Swaim w Kodaikanal. Była tam ze mną pewna pani z Argentyny.
Byli tam również członkowie ówczesnej Światowej Rady Organizacji Sai i inne
osoby. Swami pytał nas o Organizację w Argentynie i w Ameryce Łacińskiej, tak,
aby inni mogli to usłyszeć. Po rozmowie powiedział do tej pani: „Zaśpiewaj bhadżan”.
Zaśpiewała. Spojrzał na mnie i z powrotem na nią. Powiedział jej: „Zaśpiewaj
inny”. Wiedział, że jestem najgorszym śpiewakiem na tej planecie. A jednak wyznaczył
mnie na osobę odpowiedzialną za wydarzenia kulturalne w Prashanti. Musiałem
przyjmować propozycje występów i przedstawiać je innym osobom do zatwierdzenia.
Potem, jeśli było to potrzebne, prezentowaliśmy je Swamiemu. Jeśli wyraził
zgodę – program był zaakceptowany.
Pewnego dnia otrzymałem propozycję
występu chóru i została ona zatwierdzona. Powiedziałem wtedy do Goldsteina:
„Musimy mieć podwyższenie dla chóru. Lepiej, żeby zrobili to, zanim tam
dotrzemy, bo inaczej nie będą mieli na to czasu. Jeśli ty zadzwonisz, zwrócą na
to większą uwagę. Zadzwoń do aszramu i poproś, żeby przygotowali podest”. Wtedy
zaczęły się żarty. „Co się stanie, jeśli nie zrobią tego właściwie i podczas
występu chóru podest się zawali?”. Powiedziałem do Michaela Goldsteina: „Jeśli
podest runie, ty będziesz tańczył, a ja będę śpiewał”. Michael był wtedy
grubszy, a ja jestem najgorszym śpiewakiem, więc powiedziałem: „Swami będzie
naprawdę rozbawiony, patrząc na nas”. Od tamtego dnia, za każdym razem, gdy
wymienialiśmy jakąkolwiek wiadomość, mówiliśmy: „Bądź gotowy śpiewać, bądź
gotowy tańczyć”. To był taki nasz stały żart. Występ miał się odbyć w hali Punachandra.
Swami dawał darszan na placu bhadżanowym. Dr Golstein i ja czekaliśmy na
Swamiego przy drzwiach – każdy po jednej stronie drzwi, przez które wchodził do
Punachandry. Swami wszedł, spojrzał na nas i powiedział: „Czy będziesz
śpiewał? Czy będziesz tańczył?”. Więc bądźcie ostrożni ze swoimi e-mailami i
wiadomościami na WhatsAppie. On widzi, On wie wszystko.
Pewnego dnia otrzymałem propozycję występu chóru i została ona zatwierdzona. Powiedziałem wtedy do Goldsteina: „Musimy mieć podwyższenie dla chóru. Lepiej, żeby zrobili to, zanim tam dotrzemy, bo inaczej nie będą mieli na to czasu. Jeśli ty zadzwonisz, zwrócą na to większą uwagę. Zadzwoń do aszramu i poproś, żeby przygotowali podest”. Wtedy zaczęły się żarty. „Co się stanie, jeśli nie zrobią tego właściwie i podczas występu chóru podest się zawali?”. Powiedziałem do Michaela Goldsteina: „Jeśli podest runie, ty będziesz tańczył, a ja będę śpiewał”. Michael był wtedy grubszy, a ja jestem najgorszym śpiewakiem, więc powiedziałem: „Swami będzie naprawdę rozbawiony, patrząc na nas”. Od tamtego dnia, za każdym razem, gdy wymienialiśmy jakąkolwiek wiadomość, mówiliśmy: „Bądź gotowy śpiewać, bądź gotowy tańczyć”. To był taki nasz stały żart. Występ miał się odbyć w hali Punachandra. Swami dawał darszan na placu bhadżanowym. Dr Golstein i ja czekaliśmy na Swamiego przy drzwiach – każdy po jednej stronie drzwi, przez które wchodził do Punachandry. Swami wszedł, spojrzał na nas i powiedział: „Czy będziesz śpiewał? Czy będziesz tańczył?”. Więc bądźcie ostrożni ze swoimi e-mailami i wiadomościami na WhatsAppie. On widzi, On wie wszystko.
Przyjęta rezygnacja
Podczas mojej pierwszej podróży do
Indii, wszystko, czego chciałem, to było interview ze Swamim. Niewiele o Nim
wiedziałem, ale całym sercem pragnąłem interview. W tamtym czasie byłem
wiceprezesem organizacji Radża Joga w Argentynie, o której wcześniej
wspomniałem. Wtedy Swami dał mi sen, w którym udowodnił mi, że jest Bogiem,
wszechmogącym Bogiem Wszechświata. Pewnej nocy byłem w pokoju. Po tym jak
otrzymywałem od Swamiego tak wiele miłości – padnamaskar, listy, wibhuti
prawie każdego dnia, czułem się jak w niebie. Zdecydowałem: „Nie mogę już
dłużej być wiceprezesem organizacji Radża Joga. Odnalazłem Boga i chcę Mu się
całkowicie poddać”. Na kartce papieru napisałem rezygnację z zajmowanego
stanowiska, tłumacząc, że odnalazłem Boga i pragnę poddać się Jemu.
Następnego ranka
poszedłem na darszan. Swami, zamiast Swojego zwykłego „obchodu” –
najpierw wśród pań, potem wśród panów – przyszedł prosto do miejsca, gdzie
siedziałem. Stanął przede mną i powiedział: „Po południu spotkam się z tobą”.
Mój Boże, moje pierwsze interview z Bogiem! Kiedy darszan się skończył,
postanowiłem usiąść przed pokojem interview i czekać tam do popołudnia.
Wolontariusz Seva Dall zatrzymał mnie i powiedział: „Nie, musisz przyjść
po południu na darszan. Jeśli Swami
zechce, to cię zawoła”. Popsuł mi moje pierwsze interview ze Swamim.
Pomyślałem: „Swami nie będzie pamiętał. Nawet jeśli będzie pamiętał, nie
znajdzie mnie”. Byłem jak Ardżuna w Bhagawadgicie, całkowicie
zrozpaczony i pełen zwątpienia. Myślałem: „Nie będzie pamiętał, nie znajdzie
mnie”. Poszedłem więc na popołudniowy darszan i tym razem usiadłem w
trzecim rzędzie. W tamtych czasach to nie było miejsce z przodu. Naprawdę
myślałem, że moja szansa przepadła.
Swami wyszedł z pokoju interview na
werandę, nie szukając mnie, po prostu podniósł głowę i zawołał: „Ty!”. Byłem w
szoku. Podszedłem do Niego i powiedziałem: „Tak, Swami”, a On powiedział
najpiękniejsze słowo: „Chodź”. Nie musiał nawet patrzeć, gdzie siedzę.
Zapytałem Go, czy inni wielbiciele z Argentyny mogą dołączyć. Powiedział: „Tak”
i zawołał ich. W pokoju interview było też kilka innych osób. Rozmawiał ze
wszystkimi. Nagle podszedł do mnie i powiedział mi wszystko, o czym myślałem od
rana: że nie będzie mnie pamiętał, że mnie nie znajdzie – wszystko! A potem
podszedł jeszcze bliżej mnie i powiedział: „Swami nigdy nie zawiedzie Swoich
wielbicieli”. Musimy o tym pamiętać, ponieważ On nigdy nas nie zawiedzie. To od
nas zależy, aby nie zawieść Go, żyć zgodnie z Jego naukami i wprowadzać je w
życie. To jest to, co musimy robić.
Następnego ranka poszedłem na darszan. Swami, zamiast Swojego zwykłego „obchodu” – najpierw wśród pań, potem wśród panów – przyszedł prosto do miejsca, gdzie siedziałem. Stanął przede mną i powiedział: „Po południu spotkam się z tobą”. Mój Boże, moje pierwsze interview z Bogiem! Kiedy darszan się skończył, postanowiłem usiąść przed pokojem interview i czekać tam do popołudnia. Wolontariusz Seva Dall zatrzymał mnie i powiedział: „Nie, musisz przyjść po południu na darszan. Jeśli Swami zechce, to cię zawoła”. Popsuł mi moje pierwsze interview ze Swamim. Pomyślałem: „Swami nie będzie pamiętał. Nawet jeśli będzie pamiętał, nie znajdzie mnie”. Byłem jak Ardżuna w Bhagawadgicie, całkowicie zrozpaczony i pełen zwątpienia. Myślałem: „Nie będzie pamiętał, nie znajdzie mnie”. Poszedłem więc na popołudniowy darszan i tym razem usiadłem w trzecim rzędzie. W tamtych czasach to nie było miejsce z przodu. Naprawdę myślałem, że moja szansa przepadła.
Swami wyszedł z pokoju interview na werandę, nie szukając mnie, po prostu podniósł głowę i zawołał: „Ty!”. Byłem w szoku. Podszedłem do Niego i powiedziałem: „Tak, Swami”, a On powiedział najpiękniejsze słowo: „Chodź”. Nie musiał nawet patrzeć, gdzie siedzę. Zapytałem Go, czy inni wielbiciele z Argentyny mogą dołączyć. Powiedział: „Tak” i zawołał ich. W pokoju interview było też kilka innych osób. Rozmawiał ze wszystkimi. Nagle podszedł do mnie i powiedział mi wszystko, o czym myślałem od rana: że nie będzie mnie pamiętał, że mnie nie znajdzie – wszystko! A potem podszedł jeszcze bliżej mnie i powiedział: „Swami nigdy nie zawiedzie Swoich wielbicieli”. Musimy o tym pamiętać, ponieważ On nigdy nas nie zawiedzie. To od nas zależy, aby nie zawieść Go, żyć zgodnie z Jego naukami i wprowadzać je w życie. To jest to, co musimy robić.
Pieniądze z powietrza i pieśni Guarani
Zastępca sekretarza generalnego ds.
wyżywienia i administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych, który jest
wielbicielem Sai, odbywał służbową podróż po kilku krajach. Z racji stanowiska
zwykle był oczekiwany na lotnisku i odwożony do hotelu. Tym razem na lotnisku
nie było nikogo. Nie miał przy sobie pieniędzy, ponieważ, ze względu na swoją
funkcję, nie musiał ich nosić. Stał więc na lotnisku i myślał: „Co ja teraz
zrobię? Nie mam pieniędzy, nie mam jak, nie mam do kogo zadzwonić”. Wtedy
powiedział: „Swami, proszę, pomóż mi”. W tym momencie z powietrza sfrunął
banknot 20-dolarowy i wylądował na jego walizce. Taki jest Swami. Na szczęście
pojawiła się osoba, która się nim zajęła, a on przechowuje te 20 dolarów do
dziś.
Mieliśmy publiczne spotkanie w
Asunción w Paragwaju. Pewna pani, właścicielka centrum handlowego, udostępniła
salę widowiskową w tym centrum na 600 osób. Pamiętacie, to działo się na
początku działalności organizacji Sai, tak jeszcze niedawno. Na pierwsze
spotkanie pojechałem z jedną panią. Przyszło wielu ludzi, ale nikt nie wiedział
nic o Swamim. Opowiadałem o Nim, obejrzeliśmy film, a potem ta pani wpadła na
pomysł, aby śpiewać bhadżany. Zaczęła śpiewać bhadżany w językach
indyjskich. Cisza była ogłuszająca. Wyobraźcie sobie, kto w Paragwaju może
powtórzyć indyjski bhadżan? Nagle, jedna z obecnych osób zaczęła śpiewać
chrześcijańską pieśń w języku guarani i wtedy wszyscy ludzie się
przyłączyli. Radość i entuzjazm były niezwykłe. Dla mnie były to jedne z
najpiękniejszych bhadżanów, w jakich kiedykolwiek uczestniczyłem. W ich
kulturze, pieśń oddania jest tym, co naprawdę czują, sposobem, w jaki mogą
śpiewać Bogu.
Jakiś czas później, rok czy dwa lata
później, zorganizowaliśmy ponownie publiczne spotkanie i ta sama pani
udostępniła audytorium. Zawsze promujemy takie spotkania. Nie można
zorganizować publicznego spotkania bez reklamy. W co drugim bloku Asunción wisiał
plakat z wizerunkiem Swamiego, adresem spotkania i zaproszeniem. Odwiedziłem
wszystkie stacje telewizyjne, wszystkie programy radiowe i redakcje gazet.
Przeprowadzono ze mną wywiady. Opublikowano artykuł w najważniejszej gazecie
Asunción. Mogę powiedzieć, że tysiące, a może ponad milion osób zobaczyło
wizerunek Swamiego, przeczytało Jego imię lub usłyszało o Nim. To jest
najważniejsze. To są duchowe nasiona zasiewane w ich umysłach i duszach.
Pewnego dnia, kiedy Swami zdecyduje, wykiełkują. To jest najwyższa forma
służby. Nie ma znaczenia, ile osób przyjdzie na spotkanie.
Podróżując z miejsca na miejsce,
poszedłem na publiczne spotkanie i przyszło bardzo niewiele osób. Ale jedna z
tych osób została wielbicielem Sai, została później przewodniczącym Organizacji
Sai w Argentynie i zaczęła jeździć po całym kraju, szerząc przesłanie Swamiego.
Dlatego nawet jeśli przyjdą tylko dwie osoby, nie wiesz, czy jedna z nich to
nie jest przyszły Wiwekananda. Najważniejsza jest intensywność publicznych
spotkań, ich ciągłość, a także reklama. Nie ma znaczenia, ile osób przyjdzie
ani ilu zacznie uczęszczać do Ośrodka Sai. Szerzymy przesłanie, dzielimy się
Jego formą, która jest boska. Zobaczenie
Jego postaci i czytanie Jego imienia, to boskie doświadczenie.
Wróćmy do Asunción w Paragwaju.
Mieliśmy publiczne spotkanie i nagle zaczęło padać. Kiedy pada w Paragwaju, to
jak monsun w Indiach. Wtedy nikt nie wychodzi z domu. Padało cały dzień.
Pomyśleliśmy: „Spotkanie się nie odbędzie, bo przy takim deszczu nikt
nie przyjdzie”. Mimo to byliśmy przygotowani. Godzinę przed rozpoczęciem
spotkania nagle deszcz ustał, niebo się przejaśniło, a sala była pełna – ponad
600 osób. Jest taki zwyczaj w Paragwaju, że każda osoba, która przyszła,
dostawała kawałek chleba i kwiat jako wyraz wdzięczności organizatorów. Kiedy
skończył się chleb i kwiaty, nikt więcej już nie przyszedł. Taki jest Swami. On
wszystko przygotował.
Mieliśmy publiczne spotkanie w Asunción w Paragwaju. Pewna pani, właścicielka centrum handlowego, udostępniła salę widowiskową w tym centrum na 600 osób. Pamiętacie, to działo się na początku działalności organizacji Sai, tak jeszcze niedawno. Na pierwsze spotkanie pojechałem z jedną panią. Przyszło wielu ludzi, ale nikt nie wiedział nic o Swamim. Opowiadałem o Nim, obejrzeliśmy film, a potem ta pani wpadła na pomysł, aby śpiewać bhadżany. Zaczęła śpiewać bhadżany w językach indyjskich. Cisza była ogłuszająca. Wyobraźcie sobie, kto w Paragwaju może powtórzyć indyjski bhadżan? Nagle, jedna z obecnych osób zaczęła śpiewać chrześcijańską pieśń w języku guarani i wtedy wszyscy ludzie się przyłączyli. Radość i entuzjazm były niezwykłe. Dla mnie były to jedne z najpiękniejszych bhadżanów, w jakich kiedykolwiek uczestniczyłem. W ich kulturze, pieśń oddania jest tym, co naprawdę czują, sposobem, w jaki mogą śpiewać Bogu.
Jakiś czas później, rok czy dwa lata później, zorganizowaliśmy ponownie publiczne spotkanie i ta sama pani udostępniła audytorium. Zawsze promujemy takie spotkania. Nie można zorganizować publicznego spotkania bez reklamy. W co drugim bloku Asunción wisiał plakat z wizerunkiem Swamiego, adresem spotkania i zaproszeniem. Odwiedziłem wszystkie stacje telewizyjne, wszystkie programy radiowe i redakcje gazet. Przeprowadzono ze mną wywiady. Opublikowano artykuł w najważniejszej gazecie Asunción. Mogę powiedzieć, że tysiące, a może ponad milion osób zobaczyło wizerunek Swamiego, przeczytało Jego imię lub usłyszało o Nim. To jest najważniejsze. To są duchowe nasiona zasiewane w ich umysłach i duszach. Pewnego dnia, kiedy Swami zdecyduje, wykiełkują. To jest najwyższa forma służby. Nie ma znaczenia, ile osób przyjdzie na spotkanie.
Podróżując z miejsca na miejsce, poszedłem na publiczne spotkanie i przyszło bardzo niewiele osób. Ale jedna z tych osób została wielbicielem Sai, została później przewodniczącym Organizacji Sai w Argentynie i zaczęła jeździć po całym kraju, szerząc przesłanie Swamiego. Dlatego nawet jeśli przyjdą tylko dwie osoby, nie wiesz, czy jedna z nich to nie jest przyszły Wiwekananda. Najważniejsza jest intensywność publicznych spotkań, ich ciągłość, a także reklama. Nie ma znaczenia, ile osób przyjdzie ani ilu zacznie uczęszczać do Ośrodka Sai. Szerzymy przesłanie, dzielimy się Jego formą, która jest boska. Zobaczenie Jego postaci i czytanie Jego imienia, to boskie doświadczenie.
Wróćmy do Asunción w Paragwaju. Mieliśmy publiczne spotkanie i nagle zaczęło padać. Kiedy pada w Paragwaju, to jak monsun w Indiach. Wtedy nikt nie wychodzi z domu. Padało cały dzień. Pomyśleliśmy: „Spotkanie się nie odbędzie, bo przy takim deszczu nikt nie przyjdzie”. Mimo to byliśmy przygotowani. Godzinę przed rozpoczęciem spotkania nagle deszcz ustał, niebo się przejaśniło, a sala była pełna – ponad 600 osób. Jest taki zwyczaj w Paragwaju, że każda osoba, która przyszła, dostawała kawałek chleba i kwiat jako wyraz wdzięczności organizatorów. Kiedy skończył się chleb i kwiaty, nikt więcej już nie przyszedł. Taki jest Swami. On wszystko przygotował.
Ślub milczenia i powrót do życia
Pewnego razu, jadąc do Indii na święto
Mahasziwaratri, postanowiłem złożyć ślub milczenia. Mahasziwaratri
to bardzo wyjątkowy czas i niektórzy ludzie poszczą. Każdy podejmuje własne
postanowienia, a ja postanowiłem nie mówić. Byłem jednak z grupą z Argentyny, a
przy nich trudno zachować milczenie. Ciągle zadają pytania. Więc pisałem swoje
odpowiedzi. Siedziałem na piasku ze wszystkimi pogrążony w ciszy, ze swoim
ślubem milczenia. Nagle obok mnie usiadł, Hindus. Spojrzałem na niego i
zapytałem: „Dlaczego tu jesteś?”. Kiedy to powiedziałem, pomyślałem: „Jestem
szalony! Co ja zrobiłem?!”. Nie tylko złamałem milczenie, ale zacząłem
rozmowę., W tamtym czasie było niewielu ludzi z Zachodu, a kiedy zapytasz
Hindusa o coś, on zada ci 10 tysięcy pytań w odpowiedzi. A Hindus, bardzo
pokornie i łagodnie odpowiedział: „Jestem tu, ponieważ kilka miesięcy temu
umarłem. Byłem w szpitalu na północy Indii, miałem wstrząs anafilaktyczny i
zmarłem. Swami zawołał mojego brata na interview i powiedział: „Wiem, że twój
brat umarł w szpitalu, ale postanowiłem przywrócić go do życia”. Przyjechał,
aby wyrazić Swamimu swoją wdzięczność. Znamy historię Waltera Cowana. Wiemy o
synu Dixita, który został wskrzeszony. Ale jest o wiele więcej takich
doświadczeń. Swami dokonuje cudów wszędzie.
Ameryka Środkowa: nocny przyjaciel i bransoletka
Młody lekarz, ukończył studia medyczne
i musiał odbyć staż w bardzo małym miasteczku w Gwatemali. Musiał tam dotrzeć,
przemierzając dżunglę. Wziął dżipa i wyruszył w drogę. W trakcie przejazdu
przez dżunglę, samochód nagle przestał działać. Nie było możliwości naprawy.
Ściemniało się, a on był sam w środku dżungli i zaczął się bać. Postanowił iść
pieszo. Nadeszła noc i straszna ciemność. Widział tylko ścieżkę. Nagle usłyszał
grupę krzyczących tubylców z maczetami. Wyglądali na pijanych i agresywnych. Pomyślał:
„Zabiją mnie!”. Zaczął modlić się do Boga o pomoc. W tym momencie, po tylu
godzinach marszu, nadjechał samochód i zatrzymał się. Kierowca powiedział:
„Wsiadaj”. Zawiózł go prosto do miasteczka, nie tylko do miasteczka, ale pod
dom, do którego miał się udać. Wtedy lekarz powiedział: „Proszę, pozwól mi coś
ci dać w podziękowaniu”. Odpowiedział: „Nie, nie musisz mi nic dawać”.
„Powiedz, jak się nazywasz?”. „Jestem twoim nocnym przyjacielem”. Wiele
lat później lekarz zobaczył w księgarni książkę ze zdjęciem swojego „nocnego
przyjaciela” spotkanego w środku dżungli. Był to Bhagawan Sathya Sai Baba.
Druga historia dotyczy innego lekarza
również z Gwatemali. Swami udzielił mu interview i zmaterializował dla niego
pierścień. Wiadomo, kiedy Swami materializuje pierścień, pasuje idealnie. A
jeśli nie pasuje, Swami dmucha na niego i natychmiast dopasowuje się do
rozmiaru. Ale ten pierścień nie pasował. Swami powiedział: „Wiesz, dlaczego nie
pasuje? Nie pasuje, ponieważ chcesz czegoś innego”. Więc dmuchnął na pierścień,
a ten zmienił się w bardzo grubą, piękną bransoletkę, Lekarz zaczął płakać.
Płakał i płakał. Później powiedział nam, że około 30 lat wcześniej, kiedy
skończył studia, chciał kupić sobie dokładnie taką bransoletkę. Ale nie miał
wystarczająco dużo pieniędzy, ponieważ musiał kupić coś ważnego dla swojej
córki. Więc kupił to, czego potrzebowała córka i zrezygnował z własnego
pragnienia. 30 lat później Swami dał mu bransoletę, którą kiedyś pragnął.
Druga historia dotyczy innego lekarza również z Gwatemali. Swami udzielił mu interview i zmaterializował dla niego pierścień. Wiadomo, kiedy Swami materializuje pierścień, pasuje idealnie. A jeśli nie pasuje, Swami dmucha na niego i natychmiast dopasowuje się do rozmiaru. Ale ten pierścień nie pasował. Swami powiedział: „Wiesz, dlaczego nie pasuje? Nie pasuje, ponieważ chcesz czegoś innego”. Więc dmuchnął na pierścień, a ten zmienił się w bardzo grubą, piękną bransoletkę, Lekarz zaczął płakać. Płakał i płakał. Później powiedział nam, że około 30 lat wcześniej, kiedy skończył studia, chciał kupić sobie dokładnie taką bransoletkę. Ale nie miał wystarczająco dużo pieniędzy, ponieważ musiał kupić coś ważnego dla swojej córki. Więc kupił to, czego potrzebowała córka i zrezygnował z własnego pragnienia. 30 lat później Swami dał mu bransoletę, którą kiedyś pragnął.
Telewizja, radio i moc wibhuti
Działalność publiczna podejmowana przez Organizację Sathya Sai w Argentynie
Wszystko jest kombinacją ludzkiego
wysiłku i boskiej łaski. Przygotowując tę konferencję, daliśmy swój ludzki
wysiłek, a Swami dał nam Swoją boską łaskę. Czuję ją cały czas. W tym miejscu
jesteśmy jakby w innym wymiarze. Jesteśmy teraz w „wymiarze Sai”.
Jak Swami działa w Argentynie?
Przeprowadziliśmy, jak już mówiłem, wiele działań informacyjnych. Sai Baba stał
się dobrze znany. Pewnego dnia zostaliśmy zaproszeni do najważniejszego
programu telewizyjnego w Argentynie, w czasie największej oglądalności, aby
opowiadać o Sai Babie. Według planu dziennikarz prowadzący miał zadawać
pytania, a grupa osób, coś w rodzaju „adwokatów diabła”, będzie próbowała
podważyć to, co powiemy. Zaczęliśmy mówić o Swamim, a do czasu, gdy oponenci
mieli się wypowiedzieć, minęła cała godzina. Prowadzący powiedział nam:
„Przepraszam, nie mamy więcej czasu. Czy moglibyście przyjść w przyszłym
tygodniu?”. Odpowiedziałem: „Oczywiście, z przyjemnością”. Tak więc dwie
godziny w głównym programie telewizyjnym w Argentynie, oglądanym przez miliony
ludzi.
Ale to nie koniec historii. Kiedy
program się skończył, dałem prowadzącemu paczkę wibhuti i powiedziałem
mu o jego działaniu, o tym jak leczy, chroni, przynosi pomyślność.
Powiedziałem: „Zachowaj to, na wszelki wypadek”. Odpowiedział: „Oczywiście,
zachowam”. Następnego ranka odebrałem telefon od prowadzącego najważniejszy
program radiowy w Argentynie, o najwyższej słuchalności. Zadzwonili do mnie i
powiedzieli: „Czy zgodzi się pan na wywiad z Fernando Brą? (Tak miał na imię
prowadzący)”. Powiedziałem: „Oczywiście, z przyjemnością”. Rozmowa odbyła się
przez telefon. Przez pół godziny zadawał mi pytania dotyczące Sai Baby. Zaczął
pytać o wibhuti. Zwykle w każdym programie są przerwy na reklamy. Mnie
nie przerwali ani razu przez pół godziny. Kiedy wywiad się skończył, poprosili,
abym pozostał na linii, a Fernando powiedział: „Wie pan, dlaczego do pana
zadzwoniłem? Ponieważ wziąłem wibhuti, które pan dał. Moja ciotka była
na oddziale intensywnej terapii w szpitalu i wszyscy spodziewali się, że umrze.
Poszedłem do niej, dałem wibhuti i wyzdrowiała. Byłem świadkiem mocy wibhuti.
Dlatego chciałem o tym porozmawiać”. Taki jest Swami, On wszystko aranżuje. My
musimy tylko wykazać się chęcią szerzenia Jego przesłania, a resztę On zrobi
sam. Nie ma znaczenia, czy pada deszcz, dla Swamiego nie ma to żadnego
znaczenia.
W Ośrodku Sai w Argentynie prowadzimy
działalność służebną, tak jak robi się to we wszystkich ośrodkach na całym
świecie. Jedna z naszych aktywności polegała na pomocy bezdomnym dzieciom,
które żyją na ulicy. Przyprowadzaliśmy je do Ośrodka Sai. Mogły się tam
wykąpać, wyprać ubrania, a także udzielaliśmy im lekcji o Wartościach Ludzkich.
Akceptowały lekcje, ponieważ dostawały
jedzenie i mogły wyprać ubrania. Mimo to, wracały do Ośrodka, aby kraść.
Wiedziały, gdzie trzymamy sprzęt, np. odtwarzacz wideo VHS. Kradły, bo
potrzebowały pieniędzy na narkotyki. Zrozumieliśmy, że próbujemy napełnić
wiadro pełne dziur. One wracały na ulicę, a starsi chłopcy zmuszali je do
kradzieży i brania narkotyków. Zrozumieliśmy, że musimy zabrać je z ulicy. W
tamtym czasie w Argentynie przeciętna pensja wynosiła 400–700 dolarów
miesięcznie, a kraj był bardzo drogi. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, ale mimo to
udało się zebrać fundusze na wynajęcie dla nich domu. Dom ten był zniszczony i
zaniedbany, ponieważ nie było nas stać na lepszy. Wielbiciele zaczęli go
odnawiać: malowali ściany i naprawiali przewody elektryczne i porządkowali
pomieszczenia. Pewnego dnia przyprowadzili trójkę tych dzieci, aby pomagały, bo
przecież ten dom miał być dla nich. Poprosili ich, żeby poszły do ogrodu,
usunęły chwasty i posadziły tam kwiaty. Była tam jedna pani z trójką dzieci. Po
pewnym czasie dzieci wróciły z torbą. Znalazły torbę zakopaną w ziemi, w
miejscu, gdzie kopały. Powiedziały: „Najpierw, kiedy zobaczyliśmy, co jest w
środku, chcieliśmy uciec. Ale przypomnieliśmy sobie, czego nas uczyliście o
Wartościach Ludzkich i stwierdziliśmy, że to nie byłoby w porządku”. W torbie
było 12 kilogramów czystego złota.
Dzięki tym 12 kilogramom czystego
złota kupiliśmy jeszcze dwa domy. Jeden przeznaczyliśmy na działalność
społeczną, a drugi dla dwu, trzyletnich porzuconych dziewczynek. Zostały one
wychowane przez Organizację Sai. Chodziły do szkoły podstawowej, potem do
średniej, a niektóre na uniwersytet.
Jeden z tych trzech chłopców, którzy
znaleźli złoto, nie miał nogi. Kupiliśmy dla niego protezę. Powiedział:
„Wszystko zawdzięczam Sai Babie – dom i nogę. Chcę zobaczyć Swamiego”. Ponieważ
po zakupie domów zostały środki, a sędzia orzekł, że pieniądze prawnie należą
do nas, kupiliśmy mu bilet, aby pojechał do Indii z grupą Argentyńczyków. Swami
udzielił im interview, w trakcie którego powiedział: „To Ja położyłem tam to
złoto”.
Jak Swami działa w Argentynie? Przeprowadziliśmy, jak już mówiłem, wiele działań informacyjnych. Sai Baba stał się dobrze znany. Pewnego dnia zostaliśmy zaproszeni do najważniejszego programu telewizyjnego w Argentynie, w czasie największej oglądalności, aby opowiadać o Sai Babie. Według planu dziennikarz prowadzący miał zadawać pytania, a grupa osób, coś w rodzaju „adwokatów diabła”, będzie próbowała podważyć to, co powiemy. Zaczęliśmy mówić o Swamim, a do czasu, gdy oponenci mieli się wypowiedzieć, minęła cała godzina. Prowadzący powiedział nam: „Przepraszam, nie mamy więcej czasu. Czy moglibyście przyjść w przyszłym tygodniu?”. Odpowiedziałem: „Oczywiście, z przyjemnością”. Tak więc dwie godziny w głównym programie telewizyjnym w Argentynie, oglądanym przez miliony ludzi.
Ale to nie koniec historii. Kiedy program się skończył, dałem prowadzącemu paczkę wibhuti i powiedziałem mu o jego działaniu, o tym jak leczy, chroni, przynosi pomyślność. Powiedziałem: „Zachowaj to, na wszelki wypadek”. Odpowiedział: „Oczywiście, zachowam”. Następnego ranka odebrałem telefon od prowadzącego najważniejszy program radiowy w Argentynie, o najwyższej słuchalności. Zadzwonili do mnie i powiedzieli: „Czy zgodzi się pan na wywiad z Fernando Brą? (Tak miał na imię prowadzący)”. Powiedziałem: „Oczywiście, z przyjemnością”. Rozmowa odbyła się przez telefon. Przez pół godziny zadawał mi pytania dotyczące Sai Baby. Zaczął pytać o wibhuti. Zwykle w każdym programie są przerwy na reklamy. Mnie nie przerwali ani razu przez pół godziny. Kiedy wywiad się skończył, poprosili, abym pozostał na linii, a Fernando powiedział: „Wie pan, dlaczego do pana zadzwoniłem? Ponieważ wziąłem wibhuti, które pan dał. Moja ciotka była na oddziale intensywnej terapii w szpitalu i wszyscy spodziewali się, że umrze. Poszedłem do niej, dałem wibhuti i wyzdrowiała. Byłem świadkiem mocy wibhuti. Dlatego chciałem o tym porozmawiać”. Taki jest Swami, On wszystko aranżuje. My musimy tylko wykazać się chęcią szerzenia Jego przesłania, a resztę On zrobi sam. Nie ma znaczenia, czy pada deszcz, dla Swamiego nie ma to żadnego znaczenia.
W Ośrodku Sai w Argentynie prowadzimy działalność służebną, tak jak robi się to we wszystkich ośrodkach na całym świecie. Jedna z naszych aktywności polegała na pomocy bezdomnym dzieciom, które żyją na ulicy. Przyprowadzaliśmy je do Ośrodka Sai. Mogły się tam wykąpać, wyprać ubrania, a także udzielaliśmy im lekcji o Wartościach Ludzkich.
Akceptowały lekcje, ponieważ dostawały jedzenie i mogły wyprać ubrania. Mimo to, wracały do Ośrodka, aby kraść. Wiedziały, gdzie trzymamy sprzęt, np. odtwarzacz wideo VHS. Kradły, bo potrzebowały pieniędzy na narkotyki. Zrozumieliśmy, że próbujemy napełnić wiadro pełne dziur. One wracały na ulicę, a starsi chłopcy zmuszali je do kradzieży i brania narkotyków. Zrozumieliśmy, że musimy zabrać je z ulicy. W tamtym czasie w Argentynie przeciętna pensja wynosiła 400–700 dolarów miesięcznie, a kraj był bardzo drogi. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, ale mimo to udało się zebrać fundusze na wynajęcie dla nich domu. Dom ten był zniszczony i zaniedbany, ponieważ nie było nas stać na lepszy. Wielbiciele zaczęli go odnawiać: malowali ściany i naprawiali przewody elektryczne i porządkowali pomieszczenia. Pewnego dnia przyprowadzili trójkę tych dzieci, aby pomagały, bo przecież ten dom miał być dla nich. Poprosili ich, żeby poszły do ogrodu, usunęły chwasty i posadziły tam kwiaty. Była tam jedna pani z trójką dzieci. Po pewnym czasie dzieci wróciły z torbą. Znalazły torbę zakopaną w ziemi, w miejscu, gdzie kopały. Powiedziały: „Najpierw, kiedy zobaczyliśmy, co jest w środku, chcieliśmy uciec. Ale przypomnieliśmy sobie, czego nas uczyliście o Wartościach Ludzkich i stwierdziliśmy, że to nie byłoby w porządku”. W torbie było 12 kilogramów czystego złota.
Dzięki tym 12 kilogramom czystego złota kupiliśmy jeszcze dwa domy. Jeden przeznaczyliśmy na działalność społeczną, a drugi dla dwu, trzyletnich porzuconych dziewczynek. Zostały one wychowane przez Organizację Sai. Chodziły do szkoły podstawowej, potem do średniej, a niektóre na uniwersytet.
Jeden z tych trzech chłopców, którzy znaleźli złoto, nie miał nogi. Kupiliśmy dla niego protezę. Powiedział: „Wszystko zawdzięczam Sai Babie – dom i nogę. Chcę zobaczyć Swamiego”. Ponieważ po zakupie domów zostały środki, a sędzia orzekł, że pieniądze prawnie należą do nas, kupiliśmy mu bilet, aby pojechał do Indii z grupą Argentyńczyków. Swami udzielił im interview, w trakcie którego powiedział: „To Ja położyłem tam to złoto”.
Błyskawiczna odpowiedź i umowa ze Swamim
Kiedyś musiałem podjąć decyzję, która
miała zmienić całe moje życie. Nie mogę powiedzieć czego dotyczyła, ale była
dla mnie bardzo ważna. Siedziałem na darszanie. Swami nadszedł z
mnóstwem listów w dłoni. Podałem Mu mój list. Wziął go i włożył w środek tej
sterty listów. Wszedł do pokoju interview i wyszedł. Pomyślałem, że jedyne, co
mógł zrobić, to zostawić listy w pudełku, które miał, bo trwało to tylko trzy
sekundy. Podszedł prosto do mnie i dał mi odpowiedź na pytanie, które napisałem
w liście.
On wie absolutnie wszystko. Na
zakończenie opowiem jeszcze jedną historię. To doświadczenie było dla mnie
lekcją i myślę, że dla was wszystkich również będzie.
Pewnego dnia, drogi brat Alberto,
który już odszedł, powiedział mi: „Wiesz, zawarłem ze Swamim formalną, prawną
umowę, w której ofiarowałem Mu swoje życie. Dałem Mu ją, a On przyjął”.
Pomyślałem: „Co za wspaniały pomysł!”.
Poszedłem do swojego pokoju i przygotowałem swoją umowę, w której ofiarowuję
swoje życie Swamimu. Następnego dnia były urodziny Swamiego. Nie wiedziałem,
czy premier, czy prezydent Indii przybył, ale nie mogliśmy usiąść na werandzie.
Były tam linie bezpieczeństwa, które uniemożliwiały zbliżenie się. A ja
trzymałem swój list – swoją umowę. Swami nie wyszedł na darszan. Wszedł
od razu do środka, a potem był cały program. Myślałem: „umowa nie jest
obowiązująca, jeśli nie podpiszą jej obie strony, w tym przypadku, jeśli Swami
ją przyjmie”.
Powiedziałem sobie: „Kiedy cały
program się skończy – z udziałem najważniejszych osobistości – muszę dać
Swamimu moją umowę”. Wstałem i poszedłem w stronę werandy. Nikt mnie nie
zatrzymał. Swami wyszedł z pokoju interview, spojrzał na mnie, wyciągnął dłoń,
poprosił o list. Podałem Mu go.
Drodzy bracia i siostry, zapraszam was
do spisania waszej umowy ze Swamim. Ofiarujcie Mu swoje życie. Połóżcie ją na
ołtarzu w swoim domu, a On na pewno ją przyjmie.
Drodzy bracia i siostry, jestem bardzo
szczęśliwy, że Swami sprowadził mnie tu. Jestem pełen wdzięczności. Nauczyłem
się tylu rzeczy. Temat czystości, o którym mówiliśmy, był dla mnie również moją
osobistą podróżą. Zrozumiałem, że indywidualna czystość, to walka z
wewnętrznymi wrogami. „Podążaj za Mistrzem, staw czoła diabłu, walcz do
końca, zakończ grę”. Kim są nasi wrogowie? To nasze złe cechy – żądza,
gniew, chciwość, przywiązanie, pycha i zazdrość. Jeśli nie możecie walczyć ze
wszystkimi naraz, wybierzcie jedną z nich i powiedzcie: „Będę z nią walczyć, aż
zniknie z mojego życia”. To jest sposób, w jaki możemy się oczyścić, ponieważ
czystość to nie tylko słowo. To praca, którą musimy wykonać nad sobą.
Maszerujmy razem ku Lotosowym Stopom
Sai. Swami jest z nami przez cały czas. Poczujmy Jego obecność, Jego miłość,
Jego bezgraniczne współczucie. Z całą moją miłością do was.
Dżej Sai Ram.
– tłum.
E.GG.
[1] Yerba mate
(często określany jako mate) – napar
z suszonych liści i patyczków ostrokrzewu paragwajskiego.
On wie absolutnie wszystko. Na zakończenie opowiem jeszcze jedną historię. To doświadczenie było dla mnie lekcją i myślę, że dla was wszystkich również będzie.
Pewnego dnia, drogi brat Alberto, który już odszedł, powiedział mi: „Wiesz, zawarłem ze Swamim formalną, prawną umowę, w której ofiarowałem Mu swoje życie. Dałem Mu ją, a On przyjął”.
Pomyślałem: „Co za wspaniały pomysł!”. Poszedłem do swojego pokoju i przygotowałem swoją umowę, w której ofiarowuję swoje życie Swamimu. Następnego dnia były urodziny Swamiego. Nie wiedziałem, czy premier, czy prezydent Indii przybył, ale nie mogliśmy usiąść na werandzie. Były tam linie bezpieczeństwa, które uniemożliwiały zbliżenie się. A ja trzymałem swój list – swoją umowę. Swami nie wyszedł na darszan. Wszedł od razu do środka, a potem był cały program. Myślałem: „umowa nie jest obowiązująca, jeśli nie podpiszą jej obie strony, w tym przypadku, jeśli Swami ją przyjmie”.
Powiedziałem sobie: „Kiedy cały program się skończy – z udziałem najważniejszych osobistości – muszę dać Swamimu moją umowę”. Wstałem i poszedłem w stronę werandy. Nikt mnie nie zatrzymał. Swami wyszedł z pokoju interview, spojrzał na mnie, wyciągnął dłoń, poprosił o list. Podałem Mu go.
Drodzy bracia i siostry, zapraszam was do spisania waszej umowy ze Swamim. Ofiarujcie Mu swoje życie. Połóżcie ją na ołtarzu w swoim domu, a On na pewno ją przyjmie.
Drodzy bracia i siostry, jestem bardzo szczęśliwy, że Swami sprowadził mnie tu. Jestem pełen wdzięczności. Nauczyłem się tylu rzeczy. Temat czystości, o którym mówiliśmy, był dla mnie również moją osobistą podróżą. Zrozumiałem, że indywidualna czystość, to walka z wewnętrznymi wrogami. „Podążaj za Mistrzem, staw czoła diabłu, walcz do końca, zakończ grę”. Kim są nasi wrogowie? To nasze złe cechy – żądza, gniew, chciwość, przywiązanie, pycha i zazdrość. Jeśli nie możecie walczyć ze wszystkimi naraz, wybierzcie jedną z nich i powiedzcie: „Będę z nią walczyć, aż zniknie z mojego życia”. To jest sposób, w jaki możemy się oczyścić, ponieważ czystość to nie tylko słowo. To praca, którą musimy wykonać nad sobą.
Maszerujmy razem ku Lotosowym Stopom Sai. Swami jest z nami przez cały czas. Poczujmy Jego obecność, Jego miłość, Jego bezgraniczne współczucie. Z całą moją miłością do was.
Dżej Sai Ram.
– tłum.
E.GG.
[1] Yerba mate (często określany jako mate) – napar z suszonych liści i patyczków ostrokrzewu paragwajskiego.