Opowieść matki

Sandra Levy

Czym jest duchowość? To nie czytanie pism świętych ani odprawianie rytuałów. To życie zgodne z prawdą, której się nauczyliśmy.
Zdaję sobie teraz sprawę, że nic w moim życiu nie było takim wyzwaniem w odniesieniu do dharmy (która w moim ograniczonym rozumieniu oznacza zarówno właściwe postępowanie, jak i wierność swojej wrodzonej naturze), jak rodzicielstwo.
Z pewnością było to doświadczenie, na które pod wieloma względami byłam całkowicie nieprzygotowana i wobec którego uparcie odrzucałam wszelkie rady.
Chociaż wynikało to częściowo z ego – potrzeby udowodnienia sobie, że jestem nowoczesną matką – a częściowo z uwarunkowań społecznych, u podstaw leżał również motyw duchowy. Przynajmniej ścieżka, na której się znalazłam, bardzo przypominała ścieżkę duchową. Musiałam odrzucić wszystkie moje oczekiwania, nadzieje i pragnienia, zaakceptować rzeczywistość, odłożyć na bok swoje ego i odważnie wkroczyć w nieznane, ucząc się po drodze niezbędnej dyscypliny i umiejętności.
Aby zrozumieć, dlaczego tak bardzo się tym wszystkim przejmowałam, powinniście wiedzieć, że wcześniej nie byłam osobą twardo stąpającą po ziemi. Uwielbiałam czytać i rysować, byłam z natury marzycielką i od czasów mojego powojennego dzieciństwa w Londynie miałam wiele pytań bez odpowiedzi na temat sensu życia. Kiedy byłam po dwudziestce, miałam szczęście znaleźć męża, który był na tej samej duchowej ścieżce (ale na szczęście był znacznie bardziej praktyczny i rozsądny niż ja) i który zaprowadził mnie na zajęcia z filozofii, na które uczęszczał. Byłam zachwycona tymi zajęciami, które obejmowały ukrytą i ponadczasową mądrość wszystkich religii i nauk humanistycznych. Nauczyliśmy się medytować, usłyszeliśmy o samorealizacji i o tym, kim jest awatar, chociaż nigdy w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że kiedykolwiek go spotkam.
Kiedy więc miało się urodzić moje pierwsze dziecko, byłam pełna wspaniałych, idealistycznych wyobrażeń o dzieciach i macierzyństwie, najlepiej wyrażonych w pięknym wierszu „Prorok” Khalila Gibrana, który inspirował tak wielu z mojego pokolenia:

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi.
Są dziećmi tęsknoty Życia za samym sobą.
Przychodzą przez was, ale nie od was.
I chociaż są z wami, nie należą do was.
Możecie dać im swoją miłość, ale nie swoje myśli…
Możecie dać schronienie dla ich ciał, ale nie dla ich dusz,
bo ich dusze mieszkają w domu jutra,
którego nie możecie odwiedzić, nawet w snach.

Rzeczywiste doświadczenie bycia matką i radzenia sobie z moim pierwszym dzieckiem wpędziło mnie w codzienność i zaskoczyło burzliwymi uczuciami, z którymi, jak sądziłam, uporałam się w dzieciństwie. Oto wiersz, który napisałam wkrótce po narodzinach Andrew:

Narodziła się inna istota, kiedy pojawił się mój syn na świecie.
On był mi obcy, ona była jeszcze bardziej obca.
Robiła rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiła, słyszała dźwięki, których nikt inny nie słyszał.
Budziła się, psychicznie czujna, zanim rozległ się pierwszy płacz;
odkryła wewnętrzną grozę, jak i wszechogarniającą czułość.
Wyrzuciła z siebie krzyki nagłej nienawiści,
a potem pogrzebała wynikające z tego poczucie winy.
Mój syn z każdym dniem jest zdrowszy;
jak zaś rozwinie się ta istota?

Nadal wierzyłam w słowa „Proroka”, ale teraz wiedziałam, skąd bierze się opór. Przez następne kilka lat moim zadaniem stało się połączenie duchowych ideałów z codziennymi realiami, ogromną odpowiedzialnością i osobistymi przywiązaniami, jakie niesie ze sobą rodzicielstwo.
Bardzo starałam się być matką sprawiedliwą i rozsądną, a jednocześnie kochającą, nie faworyzować żadnego z dzieci, szanować ich prywatność i zachęcać je, nie wywierając presji. A czasami zawodziłam, krzyczałam na nie i zrzędziłam. Gdy dorastały, dzieliły się ze mną swoimi trafnymi obserwacjami na temat moich wysiłków: „Mamo, wiemy, że jesteś wyzwoloną matką, ale pod spodem wciąż jesteś mamą starej daty!”.
Kiedy wiele lat później po raz pierwszy usłyszałam o Babie, byłam zachwycona, że On istnieje, i z zapałem zaczęłam czytać wszystko, co o Nim napisano. Każdy zauważa w Sai Babie coś, co szczególnie sobie ceni, a dla mnie wyjątkowe było to, co w Swoich naukach i jak odkryłam później, w każdym Swoim działaniu, wyrażał zarówno głęboką miłość, jak i bezstronność. Mówił wspaniałe, uniwersalne rzeczy, takie jak: „Jest tylko jedna religia, religia Miłości”, oraz rzeczy wzruszające, pełne współczucia i osobiste, takie jak: „Przynieś mi głębię swojego umysłu, bez względu na to, jak okrutnie jest on spustoszony przez zwątpienie i rozczarowanie. Wiem, co z nim zrobić; jestem twoją Matką”.
On rozumiał. Nie był odległym, moralizującym guru. On naprawdę dostrzegał i akceptował te przeciwstawne ludzkie cechy, z którymi od tak dawna się zmagałam.
Pierwsze interview, w którym uczestniczyłam w 1984 roku, było dla nas wszystkich potężną lekcję dharmy. Jedna osoba z naszej grupy zmarła podczas pielgrzymki – piękna młoda kobieta chora na białaczkę, która przybyła z matką i lekarzem w nadziei na uzdrowienie. Jakże wszyscy modliliśmy się za Lorraine! Mieliśmy nadzieję na cud i byliśmy przekonani, że tak młoda kobieta, z małym dzieckiem i mężem czekającymi na jej powrót, zasługuje na uzdrowienie. Ale nie był to cud, o który się modliliśmy. Lorraine została uzdrowiona duchowo, ale nie fizycznie. Baba był bardzo miły dla jej matki podczas interview, miły, ale zarazem stanowczy. Powiedział, że Lorraine jest teraz z Nim, ale jej prochy można pochować w świętej rzece Chitrawatri. Podarował matce piękny pierścień z dziewięcioma kamieniami, aby ją chronił i pocieszał. I tak nauczyłam się, że kiedy się modlimy, nie próbujmy narzucać Bogu swojej woli. Módlmy się o najlepsze i najwyższe rezultaty i oddajmy wszystkie nasze nadzieje i lęki Temu, który widzi całość. Taka intensywna, ludzka miłość ociera się o chęć postawienia na swoim.
Podczas innego interview, w 1989 roku, Baba dał nam kolejną lekcję na temat macierzyństwa. Młoda wdowa, która wychowywała dwóch nastoletnich synów, poprosiła Go o błogosławieństwo. Baba podniósł zdjęcie jednego z nich i powiedział: „Tak, niegrzeczny chłopiec. Pomogę, ale musisz wypełniać swoje obowiązki. Czasami kochasz zbyt mocno. Musisz kochać, ale nie za mocno. Normalna temperatura ciała to 36 stopni – przy 37 stopniach mamy gorączkę. Oczy widzą dzięki światłu, ale zbyt dużo światła uszkadza siatkówkę. Życie to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością”.
Więcej spostrzeżeń i wskazówek dotyczących kontrolowania naszej matczynej miłości.
Kiedy kochamy, nie powinniśmy rezygnować z naszej zdolności rozróżniania, inteligencji ani zdrowego rozsądku. A równowaga między właściwym działaniem a wyrządzeniem krzywdy jest czasem tak subtelna, że utrzymanie jej wymaga stałej, zintegrowanej uważności.
Oczywiście, nie trzeba być biologiczną matką, aby „matkować” ludziom – aby wspierać ich i troszczyć się o nich, zachęcać ich i pocieszać, gdy coś idzie nie tak, jednocześnie szanując ich indywidualność. Większość ludzi robi to na różne sposoby w swoim codziennym życiu i właśnie to mój mąż i ja staraliśmy się robić przez ostatnie osiem lat, organizując grupy do Indii na darshan Baby. Każda podróż niosła ze sobą unikalne wyzwania i lekcje, a jedną z najtrudniejszych był czas, kiedy mieliśmy zabrać grupę do Prasanthi Nilayam w dniu, który okazał się drugim dniem wojny w Zatoce Perskiej.
Gdy w tygodniu poprzedzającym nasz wyjazd sytuacja polityczna zaostrzała się, tłumaczyłam się przed moją matką i innymi: „Tak, oczywiście, że jedziemy. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszym biurem podróży i wiemy, że wszystkie linie lotnicze nadal działają. Nie podróżujemy amerykańskimi, izraelskimi ani perskimi liniami, to byłaby inna sytuacja”. Jedna część mnie była pewna, że jeśli Baba wezwał nas do Siebie w tym czasie, to było to dla nas najlepsze co mogliśmy zrobić. Wiedziałam, że muszę mieć wiarę w Babę, cokolwiek by się stało. Ale moja wiara była już wtedy bardziej realistyczna: wierzyłam, że cokolwiek się stanie, będzie to zgodne z karmą każdego z nas i że Baba da nam wszystkim siłę, by przez to przejść. Muszę przyznać, że inna część mnie skrycie liczyła na to, że niektórzy z grupy odwołają wyjazd, a mój mąż zdecyduje się przełożyć podróż. Ku mojemu zdumieniu, podziwowi i rozczarowaniu, nikt z 50 członków grupy nie odwołał wyjazdu.
Kilka dni przed wyjazdem matka przysłała mi bardzo przekonujący list, w którym prosiła, bym pomyślała o niej, mojej siostrze i moich dzieciach i nie jechała do Indii, gdy wojna miała wybuchnąć. Była przekonana, że wojna pochłonie cały Wschód. Nie mogłam jej za to winić, zwłaszcza że jako młoda kobieta przeszła przez koszmar II wojny światowej. Powiedziałam jej, że nasz samolot będzie leciał nad Rosją i Turcją, aby ominąć strefę wojenną. Ale kiedy media poinformowały, że Irakijczycy zaczynają strzelać rakietami w kierunku Arabii Saudyjskiej i Izraela, sama nie byłam już tak pewna.
To było wyzwanie, z którym mierzyli się ludzie na całym świecie. Życie nie zatrzymuje się podczas kryzysu politycznego. Kontynuujesz swoją pracę, na ile jesteś w stanie i dotrzymujesz obietnic złożonych innym.
Dzień przed naszym wyjazdem w wiadomościach telewizyjnych pokazano film z czołgami na lotnisku Heathrow, zaledwie kilka kilometrów od mojego domu. Naprawdę musiałam zmierzyć się z moimi najgorszymi obawami, które skupiały się wokół możliwości porwania naszego samolotu. Wyobrażałam sobie, że zostaniemy wybrani z listy pasażerów ze względu na nasze żydowskie nazwiska i będziemy torturowani, zabici lub wzięci jako zakładnicy. Wtedy przypomniałam sobie powiedzenie Swamiego: „Podążaj za mistrzem (sumieniem); staw czoła diabłu; walcz do końca; zakończ grę”.
Stawienie czoła diabłu” oznaczało dla mnie w tej sytuacji przemyślenie swoich obaw, bycie gotową na to, że mogą się one spełnić, a następnie modlenie się o siłę, by przejść przez tę sytuację w jak najbardziej godny sposób.
Gdy to zrobiłam, nie czułam się już tak sparaliżowana. Obudziłam się w dniu lotu z okropnym ściskiem w żołądku, a w taksówce jadącej na lotnisko Heathrow, gdy w radiu podano wiadomość, że wystrzelono kolejne rakiety Scud, co oznaczało, że Irakijczycy wciąż mają mnóstwo amunicji po początkowym kontrataku, mój niepokój znów się odezwał. Szybko odwróciłam się do mojego współpasażera w taksówce i zaczęłam mówić o Swamim, o wszystkim, co o nim wiedziałam i czego doświadczyłam. To odwróciło nasze myśli od strachu i powstrzymało nas przed słuchaniem kolejnych przerażających wiadomości.
Jak się okazało, na lotnisku Heathrow nie było żadnych czołgów (to musiało być działanie propagandowe), a nasz lot do Bombaju tego dnia był jednym z najspokojniejszych w historii.
Kiedy w pokoju interview zapytaliśmy Swamiego: „Co z wojną w Zatoce, Swami?”, Baba stuknął się w pierś i powiedział: „Wojna wewnętrzna, tym powinniście się martwić”.
Inna ważna podróż miała miejsce w czasie zamieszek związanych ze świątynią w Ajodhji w 1992 roku. Wzięli w niej udział wszyscy trzej nasi dorośli synowie. Był to ich pierwszy pobyt w Indiach i chcieli najpierw podróżować przez kilka tygodni, a następnie dołączyć do nas w Prasanthi Nilayam na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Zaplanowaliśmy więc, że zatrzymają się w Bombaju, podczas gdy my zabierzemy resztę 80-osobowej grupy do Bangalore.
O zniszczeniu świątyni w Ajodhji dowiedzieliśmy się w samolocie do Bangalore. Kiedy już zakwaterowaliśmy się w hotelu, zaczęły do nas docierać informacje o gwałtownych zamieszkach, które wybuchły w kilku miejscach, w tym w Bombaju. Członkowie naszej grupy powtarzali: „Nie martw się, jestem pewien, że Baba zaopiekuje się twoimi chłopcami”. Chociaż byłam wdzięczna za wsparcie przyjaciół, prywatnie wiedziałam, zarówno z realnej oceny sytuacji, jak i z doświadczenia z Babą, że nie wolno zakładać czegoś takiego. I chociaż miałam nadzieję i modliłam się, aby Baba czuwał nad chłopcami, wiedziałam, że jest całkiem możliwe, że jeden z nich lub wszyscy mogą zostać ranni, a nawet zabici. Dlaczego moje dzieci miałyby być wyjątkiem? Może był to dla mnie wielki test.
Zachowując spokojny i pogodny wyraz twarzy wobec innych, moje wyobrażenia o tym, co mogłoby się stać z chłopcami, były katastroficzne. Co gorsza, byliśmy w dużym, nowoczesnym hotelu z telewizją satelitarną, więc co godzinę mogliśmy oglądać BBC World News i na własne oczy widzieliśmy policję do tłumienia zamieszek, puste ulice, pożary w Kalkucie, Delhi oraz innych miastach w całych Indiach.
W pewnym momencie nagle powiedziałam sobie: „Co ja robię, karmiąc te mroczne myśli? Przecież wszyscy znają moc myśli!”. Zdałam sobie sprawę, że mam wybór: całkowicie poddać się swoim lękom i przekazać je moim synom, albo świadomie zmienić te myśli na pozytywne. Przypomniałam sobie, jak ktoś zapytał Babę podczas interview: „Baba, co mam robić ze złymi myślami?”. Baba odpowiedział: „Co robisz, gdy czujesz nieprzyjemny zapach? Zastępujesz go przyjemnym zapachem. Tak samo jest ze złymi myślami”.
Od tego momentu, za każdym razem, gdy myślałam o chłopcach, wyobrażałam ich sobie szczęśliwych i bezpiecznych, otoczonych obłokiem brzoskwiniowego światła.
Jak się okazało, chłopcy bezpiecznie dotarli do Prasanthi Nilayam tydzień przed Bożym Narodzeniem, po wielu trudnych i niebezpiecznych doświadczeniach, i wszyscy przeżyliśmy wspaniałe spotkanie. Udało im się dotrzeć do Goa, gdzie nie było zamieszek i to tam spędzili większość czasu.
Jedne z najtrudniejszych decyzji, jakie musimy podjąć, to te, w których występuje konflikt obowiązków. W październiku 1993 roku przybyliśmy z grupą 100 osób do Prasanthi Nilayam, kiedy dowiedzieliśmy się, że matka mojego męża, jest w szpitalu w stanie krytycznym. Była chora już przed naszym wyjazdem z Londynu, ale wciąż była sprawna i potrafiła o siebie zadbać. To nagłe pogorszenie stanu zdrowia było dla nas wielkim szokiem. Pamiętam, jak myślałam: Ciekawe, czy będziemy musieli wracać do domu w środku pobytu. Ale mój mąż – 
Aimé – już zdecydował: „Wracamy jutro rano. Zacznijmy się pakować”. Spakowaliśmy walizki i opróżniliśmy mieszkanie, poinformowaliśmy ośmiu zastępców z naszych podgrup i zamówiliśmy taksówkę, aby po darszanie wyjechać.
Ale zanim rano wyruszyliśmy, postanowiłam, że poczuję się lepiej, jeśli otrzymam błogosławieństwo Baby na powrót. Nigdy wcześniej nie prosiłam o specjalne pozwolenie, by usiąść w pierwszym rzędzie na darszanie, ale czułam, że to wyjątkowa sytuacja. Poprosiłam o to główną wolontariuszkę i zgodziła się. Siedziałam tam, w moim najlepszym sari, z listem do Swamiego, prosząc o błogosławieństwo na powrót – a On ominął mnie szerokim łukiem. Pamiętam, jak z żalem pomyślałam: „Cóż, już podjęliśmy decyzję o wyjeździe. To nie jest tak, że nie wiemy, co powinniśmy zrobić”. Jak się okazało, nasza droga mama zmarła zaledwie 18 godzin po tym, jak dotarliśmy do jej łóżka. Chociaż była już wtedy w śpiączce, czekała na nas, na swoją siostrę ze Stanów Zjednoczonych oraz na naszego syna, który nieoczekiwanie wrócił z wakacji we Francji. Pewnej nocy po pogrzebie, gdy nie mogłam spać z powodu stresu i żalu, usiadłam w moim pokoju medytacyjnym i wyciągnęłam jedną kartę z pudełka z sentencjami Swamiego. Oto wiadomość na karcie:
Czasami zachowuję się tak, jakbym trzymał cię na dystans; robię to tylko po to, by szybciej cię poprawić. Kiedy odcinek drogi jest w remoncie, jadę objazdem i przez pewien czas z tego fragmentu nie korzystam. Celem tego jest, aby prace remontowe przebiegały szybciej, abym znów mógł z tej drogi korzystać.
Wciąż noszę tę kartę w portfelu. Awatar nie traci czasu na klepanie cię po plecach, gdy wie, że już podjąłeś dharmiczną decyzję.
Kiedy jeden z moich synów zachorował tuż przed naszym wyjazdem, bardzo się martwiłam o niego i próbowałam umieścić go w szpitalu. Oczywiście, nie było to małe dziecko, ale młody mężczyzna w wieku 26 lat, który już mieszkał po drugiej stronie Londynu, blisko swojej narzeczonej. Mimo to, byłam przepełniona niepokojem i cztery dni przed naszym wyjazdem do Indii modliłam się rozpaczliwie, błagając Babę: „Baba, proszę! Zrób coś!”.
Tej samej nocy choroba osiągnęła punkt krytyczny i mój syn został przyjęty do szpitala. Co więcej, ponieważ w jego lokalnym szpitalu nie było wolnych łóżek, został bezpłatnie przewieziony do prywatnego szpitala, który miał znacznie więcej udogodnień i dodatkowo był bliżej mojego domu. Nigdy nie byłam tak przekonana, że Baba odpowiedział na modlitwę w sposób tak natychmiastowy i pełen współczucia. Wiedziałam, że mój syn jest w dobrych rękach i że będę znacznie bardziej przydatna, pomagając mojemu mężowi w pielgrzymce, więc zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu. Ale nawet przy tak oczywistym znaku, wciąż dręczyły mnie wątpliwości i poczucie winy, zwłaszcza gdy jeden z przyjaciół mojego syna oświadczył: „Myślę, że 
Aimé powinien jechać, ale Sandra powinna zostać”. Znacznie później zrozumiałam, że nie dręczyło mnie tak naprawdę poczucie winy, ale raczej strach przed tym, co inni o mnie pomyślą – dość niskie kryteria.
Synchronizacja jest jednym z najpotężniejszych narzędzi dydaktycznych Swamiego.
W tym samym miesiącu, w którym skończyłam pisać ten tekst o rodzicielstwie, moi trzej synowie wprowadzili się razem do własnego mieszkania, co dało nam wszystkim więcej przestrzeni, fizycznej i psychicznej. Dom, który spełnił wszystkie ich wygórowane wymagania (blisko pociągów i sklepów itp.), miał adres o numerze 108, a wprowadzili się kilka dni po moim powrocie z podróży do Brindawan, której punktem kulminacyjnym było oglądanie wspaniałego tańca opartego na 108 boskich imionach, wykonanego przed Swamim przez dzieci z Bal Vikas z Wielkiej Brytanii. Najpiękniejszą dla mnie była niezwykle wzruszająca scena, w której Swami mówi swojej matce, Iśwarammie, że nie jest już jej synem, ale należy do Swoich wielbicieli; Jego misja się rozpoczęła.
Mimo wszystkich żartów, jakie robiłam na temat „wypychania z gniazda” moich przerośniętych piskląt, łzy napłynęły mi do oczu, gdy patrzyłam, jak Iswaramma błaga syna, by został oraz na młodego Swamiego, tak spokojnego, kochającego, a zarazem stanowczo nalegającego na odejście.
Tak rozpoczyna się nowy etap w moich wysiłkach, by kochać i pozwolić odejść, kochać i szanować boskość w moich dzieciach oraz w każdym, kogo spotykam, a jednocześnie stać z boku, gdy każdy z nich realizuje swoją własną życiową misję. Będę się modlić o stałą, wewnętrzną uważność i o to, by Swami pomógł mi się podnieść, gdy upadnę.
źródło: rozdział z książki „The Dharmic Challenge, Putting Sathya Sai Baba’s Teaching into Practice
(Darmiczne wyzwanie – wdrażanie nauk Sathya Sai Baby w życie)  
– tłum. E.GG.
 

Państwo Aimé i Sandra Levy ze soją grupą w Prasanthi Nilayam