Narkotyki – „szpony diabła”

  Jedną z najgroźniejszych społecznych plag naszych czasów jest uzależnienie od narkotyków. Rządy na całym świecie próbują walczyć z tym narastającym złem z różnym skutkiem, a najczęściej bezskutecznie. Często ośrodki odwykowe są w tragicznym stopniu nieprzystosowane do przyjmowania i leczenia rosnącej liczby młodych ludzi, którzy schwytani w żelazny uścisk uzależnienia od narkotyków, próbują szukać pomocy. Wszyscy oni – ci, którzy próbują znaleźć wyjście, ci, którzy są uwięzieni w śmiertelnym uścisku, i ci, którzy w przyszłości ulegną najpierw pokusie i przyjemności, a następnie bólowi, muszą w ostatecznym rozrachunku walczyć sami ze sobą, aby uwolnić się ze „szponów diabła”.
  Na około trzy tygodnie przed planowanym wyjazdem do Indii, aby złożyć hołd Babie, po kilkukrotnym przesunięciu terminu wyjazdu, natknąłem się na fascynujące relacje o narkomanach i łasce Baby. Dziękuję Babie za opóźnienie podróży, ponieważ dzięki temu ci, którzy przeczytają te relacje i potrzebują pomocy, mogą spróbować znaleźć to samo wybawienie z nałogu, które stało się udziałem osób, których relacje zamieszczam poniżej.

Część 1 – Pan S. Zakrhiyas
(zapis z relacji Zakrhiyasa)

   Bardzo wysportowany, przystojny mężczyzna, to człowiek o nietypowym imieniu Zakrhiyas. Mieszka w Klang, w Malezji, gdzie poznałem go jako bardzo aktywnego członka Sathya Sai Baba Seva Dal (Grupy Służebnej). Wydawał się być bardzo cichą i uprzejmą osobą, a jego osobowość przeczyła niezwykłej historii jego przeszłości związanej z uzależnieniem od narkotyków.
Zakrhiyas ma 29 lat, jest katolikiem i pracuje jako doker w Porcie Klang. Opowiedział mi swoją historię 27 marca 1977 roku, kiedy połączona Grupa Służebna Sai Baby z Kuala Lumpur i Klang pojechała na jednodniową wycieczkę do Port Dickson w ramach zbiórki funduszy na budowę małej świątyni.
     W wieku 20 lat Zakrhiyas (w dalszej części tej relacji nazywany Zak) zaczął palić papierosy. To ten nałóg w wieku 25 lat doprowadził go do zrobienia kolejnego kroku i nawiązania kontaktu ze „szponami diabła”.
    Dla Zaka wszystko zaczęło się niewinnie w 1973 roku, kiedy „przyjaciele” zaoferowali mu do spróbowania darmowe „papierosy za 1 dolara”. Te „papierosy za 1 dolara”, jak je wówczas nazywano (inflacja mogła od tego czasu podnieść cenę), to papierosy „wzbogacone” heroiną.
    Zak uznał ten nowy papieros za pobudzający, a poza tym był darmowy... więc czemu nie spróbować? Przez 10 dni dostawał darmowe papierosy, a potem „dostawy się urwały”..., ale wtedy było już dla Zaka za późno.
Zaczął kupować od czasu do czasu „papierosa za dolara”, ciesząc się nowym dreszczykiem emocji i doznaniami, a pod koniec miesiąca zdał sobie sprawę, że jest uzależniony... i to naprawdę!
    Początkowa przyjemność ustąpiła miejsca bólowi. Bez heroiny Zak zaczął odczuwać głębokie, przeszywające bóle w całym ciele, „aż do szpiku kości”, jak to opisał. Zak odkrył, że musi wypalić co najmniej jednego lub dwa papierosy z heroiną dziennie, aby uśmierzyć ból i złagodzić niepokój.
Często z powodu braku pieniędzy lub niedostępności narkotyku w chwili, gdy go pilnie potrzebował, wpadał w stan bolesnego niepokoju. Przeszywające bóle narastały w nim, a w niekontrolowanej desperacji uderzał pięściami w ściany, stalowe pręty itp. i nie czuł bólu, chociaż jego ręce były potłuczone i krwawiły. Najwyraźniej Zak doświadczał wówczas początków kuracji zwanej „z dnia na dzień” (syndrom gwałtownego odstawienia środka uzależniającego).
   W miarę jak wzrastał głód zrodzony z bólu, Zak palił coraz więcej „papierosów”. Zaciąganie stało się centrum jego bytu, a potrzeby żony i dwójki dzieci zeszły na dalszy plan. Jego rodzina zaczęła się martwić; matka i bracia błagali, grozili i radzili, ale dla przepełnionego bólem umysłu Zaka wszystko to nie miało już znaczenia. Jego codzienne życie stało się jedynie przerwami między uśmierzającymi ból zaciągnięciami papierosami z heroiną.
Wraz z kurczącymi się finansami na wspieranie rosnącego nałogu, Zak zaczął zastawiać biżuterię żony, własny zegarek, a nawet rower, który odbierał pod koniec miesiąca, gdy otrzymywał pensję. Gdy sytuacja się pogarszała, zaczął tracić apetyt, a jego niegdyś atletyczna sylwetka zaczęła się kurczyć z 72 kg do około 52 kg.
    Zak stał się świadomy swojej sytuacji i cierpienia, jakie sprawiał swoim bliskim. Zaprzestał aktywności sportowej, a nieogolony i z zaniedbanymi włosami stał się cieniem człowieka, którym kiedyś był. Chciał przestać, ale nie potrafił. Rozdzierający ból kości zmuszał go do sięgnięcia po heroinową ulgę.
W desperacji szukał pomocy medycznej i przez około cztery miesiące od grudnia 1974 roku był pod opieką lekarza w porcie Klang. Dobry lekarz leczył Zaka wszystkimi znanymi sobie sposobami, ale bezskutecznie... Zak nie mógł zerwać z nałogiem. Lekarz niemal się poddał i ostrzegł go, że wkrótce straci pracę, jeśli nie skończy z nałogiem.
    Tak wyglądała sytuacja Zaka, człowieka zmierzającego ku samozniszczeniu, aż do pamiętnego dnia w lipcu 1975 roku. 18 lipca Zak i jego koledzy dokerzy odpoczywali na pokładzie statku w porcie Klang, w przerwie między rozładunkami. W tym czasie Zak był już człowiekiem bardzo samotnym, zamkniętym w sobie, a jego koledzy zazwyczaj go unikali. Była godzina około 19:00 (Zak pracował na zmianie od 15:00 do 23:00) i już zaczynał odczuwać narastający ból. Nie miał przy sobie heroiny i zrozpaczony zastanawiał się, jak przetrwa resztę zmiany.
    Podczas tej przerwy jeden z kolegów czytał innym dokerom z tamilskiej gazety artykuł o Sai Babie. Czytał na głos o cudach Baby i o tym, że uważano Go za inkarnację podobną do Ramy, Kryszny czy Chrystusa. Zaintrygowany tym, co udało mu się usłyszeć, Zak podszedł do kolegi z gazetą i stanął za nim. W tym momencie przerwa się skończyła, a Zak pożyczył gazetę, aby przeczytać więcej o tym cudownym człowieku.
    Jednak narastający w nim ból uniemożliwiał mu skupienie się na tekście. Patrzył więc tylko na zdjęcie i zapytał w rozpaczy – jak człowiek wyciągający rękę po ratunek – „Jeśli to prawda, że pomagasz innym, to dlaczego nie miałbyś pomóc mnie?”. Gdy wpatrywał się w zdjęcie, dziwne uczucie zaczęło w nim narastać i poczuł, jak włosy na rękach stają dęba. Co dziwne, poczuł, jak narastające pragnienie zaciągnięcia się papierosem, powoli zaczyna ustępować, a wraz z nim zmniejsza się ból. Odkrył, że jest w stanie kontynuować pracę bez papierosa i dokończyć zmianę.
   Wewnętrzny impuls skłonił go do wyrwania zdjęcia Baby z gazety, aby zabrać je do domu. Po pracy jechał rowerem do domu, trzymając zwinięte zdjęcie w dłoni. Jak zwykle przejeżdżał obok sklepu, w którym przez ostatnie kilka miesięcy kupował papierosy z „dodatkiem”. Zwykle zatrzymał się tam, kupował kilka papierosów (na ile pozwalały finanse) i wracał do domu, gdzie po kąpieli, w swojej sypialni, zatracał się w iluzji i śnie heroinowego świata aż do następnego ranka.
    Jednak 18 lipca, po raz pierwszy od wielu miesięcy, Zak minął sklep i pojechał do domu, zapominając o papierosach. Należy wspomnieć, że w tym czasie Zak palił dziesięć papierosów z heroiną dziennie. (Według osób, które się na tym znają, u tak silnie uzależnionych konieczna była medycznie kontrolowana terapia „z dnia na dzień” trwająca około dwóch tygodni, aby uzyskać wyleczenie. Jeśli osoba nie została wyleczona, istniało duże prawdopodobieństwo śmierci w ciągu pięciu lat).
     Po powrocie do domu Zak poszedł do swojej sypialni (w domu, który dzielił z matką i bratem) i przypiął zdjęcie do drewnianej ściany pinezką. Następnie poszedł się wykąpać. Po kąpieli, normalną praktyką przez ostatnie kilka miesięcy było zapalenie papierosa z heroiną i odpłynięcie w zamglony świat iluzji, by uśmierzyć ból dręczący jego wyniszczone ciało.
    Ale dzień 18 lipca był inny, po kąpieli wszedł do swojego pokoju, usiadł na łóżku i wpatrywał się w zdjęcie Baby wyrwane z gazety. Zapytał: „Czy naprawdę jesteś Bogiem?”. Następnie w ciszy wysłał swoje wzruszające błaganie do tej niezwykłej postaci z fryzurą w stylu afro, która zdawała się mieć moc, której nie potrafił zrozumieć, a tym bardziej zdefiniować. „Proszę, Baba, dlaczego nie wyleczysz mnie, tak jak wyleczyłeś wielu innych?”.
Przez około godzinę siedział, wpatrując się w zdjęcie, jak w transie, po czym zasnął, by obudzić się dopiero następnego ranka, znów widząc na ścianie zdjęcie. Taki spokojny sen był niezwykłym osiągnięciem, ponieważ ostatnio budził się kilka razy w nocy, by „zaciągnąć się” i uspokoić nerwy oraz uśmierzyć ból.
    Stało się to również dla Zaka niekontrolowanym nawykiem, że każdego ranka po przebudzeniu, dzień nie mógł się zacząć bez zaciągnięcia się. Dopiero wtedy był w stanie choćby umyć zęby. Czasami, gdy brakowało mu pieniędzy i nie miał papierosów z heroiną, błagał członków rodziny o pieniądze, a oni odmawiali. Wtedy jak opętany uderzał pięściami w twarde przedmioty, po czym biegł do domu „przyjaciela”, również narkomana, by zaciągnąć się przynajmniej raz głęboko, zanim mógł ponownie wrócić do świata ludzi „nieopętanych”.
    Rankiem 19 lipca odruch psychiczny, wykształcony przez miesiące nałogu, podpowiedział mu, że powinien wziąć poranną dawkę, jednak brak przeszywającego bólu w kościach sprawił, że pragnienie zniknęło. Wykonał poranną toaletę, a jego myśli nieustannie krążyły wokół Baby i niezwykłej przemiany, jakiej doświadczał.
   Ponieważ jego zmiana zaczynała pracę dopiero o 15:00, postanowił pozostać w domu i wpatrywać się w zdjęcie Baby wiszące na ścianie w sypialni. Jego matka, szczęśliwa, że w jej zbłąkanym synu zaszła zmiana, była jednak zaniepokojona zdjęciem na ścianie. Jako zagorzała katoliczka, nie mogła pojąć, że jej syn modli się do nieznanego mężczyzny z bujną czupryną i ostro skrytykowała Zaka.
   Zak sam nie rozumiejąc, co się z nim dzieje, siedział w cichej modlitwie przed zdjęciem Baby. Później poszedł do pracy, a wieczorem wrócił do domu, przeżywając swoje pierwsze 24 godziny od kilku miesięcy bez pomocy „szponów diabła”.
   Tej nocy, gdy przechodził obok „sklepu z heroiną” (według Zaka sklep był wielokrotnie przeszukiwany przez policję, ale sprzedaż wciąż odbywa się potajemnie), pomyślał przez chwilę o papierosach, ale ponieważ nie odczuwał bólu, nie było potrzeby kupowania narkotyku.
   W ten sposób Zak zaczął modlić się do Bhagawana Śri Sathya Sai Baby, umieszczając swoje podarte, nieoprawione zdjęcie z gazety obok obrazu Jezusa Chrystusa. Około miesiąca później Zak zobaczył zdjęcia Baby sprzedawane w sklepie w Klang. Podszedł do człowieka sprzedającego zdjęcia (który wiedział o uzależnieniu Zaka) i opowiedział mu o swoim niezwykłym doświadczeniu. Mężczyzna był tak zachwycony, że w prawdziwym duchu braterskiej miłości Sai podarował Zakowi kolorowe zdjęcie Baby oraz wibhuti, które przyjaciele przywieźli z Indii.
     Zak z miłością oprawił zdjęcie i umieścił je w swoim pokoju obok obrazów Chrystusa i Matki Boskiej.
   Gdy zdjęcie Baby na stałe zagościło w jego pokoju, sprzeciw rodziny gwałtownie się nasilił. Nawet wolontariusze kościelni przychodzili do domu, aby ostrzec Zaka przed błędem w jego postępowaniu. Jednak Zak niezłomnie twierdził, że nie porzuca Chrystusa, że nadal będzie się do niego modlił, ale także do Baby, którego uważał za swojego Zbawiciela.
Pewnego dnia jego matka, w niekontrolowanym gniewie, wzięła oprawione zdjęcie Baby i wrzuciła je do dużego kanału burzowego (według Zaka o szerokości ponad 3 metrów) za domem. Jak twierdził nawet dziecko mogłoby z łatwością wrzucić zdjęcie do kanału, jednak zdjęcie do niego nie wpadło. Przeleciało nad kanałem i spadło po drugiej stronie, na krzak kwiatów.
Zak, który pojawił się na miejscu kilka sekund później, spojrzał na matkę ze zdumieniem i z radością. Powiedział: „Mamo, widzisz, nie tak łatwo pozbyć się tego zdjęcia”. Jego matka milczała.
    Po tym zdarzeniu otwarty sprzeciw rodziny ucichł. Czasami Zak organizuje w swoim domu bhadżany i chociaż jego żona nie jest wielbicielką, pomaga mu w dekorowaniu ołtarza kwiatami. Jego dzieci (teraz jest ich troje) dołączają do niego podczas bhadżanów.
  Taka jest niezwykła, niemal niewiarygodna historia Zakrhiyasa, teraz prawdziwego wielbiciela Boga i Baby. Odzyskał zdrowie i siłę. Kontynuuje swoje aktywności sportowe, w tym podnoszenie ciężarów. Patrząc na jego muskularną sylwetkę, nie mogłem uwierzyć, że cztery lata temu ten człowiek zmierzał ku samozniszczeniu.
    Zak dołączył teraz do Grupy Służebnej Sathya Sai Baby w Klang i poświęca się pomocy ubogim i potrzebującym. Stworzył również jednoosobowy zespół do walki z narkomanią. Zak stara się, poprzez opowiadanie własnych doświadczeń i zachęcanie do wspólnej modlitwy, wyciągnąć innych narkomanów z żelaznego uścisku „szponów diabła”.
   Gdy z cichym podziwie patrzyłem na oddalającą się postać, po tym jak autobus wysadził wielbicieli z Klang i ruszył do Kuala Lumpur, mogłem tylko odmówić cichą modlitwę: „Baba, proszę, pomóż temu człowiekowi w jego zadaniu pomagania innym narkomanom”. Z pewnością za dobrą pracę, którą wykonuje Zak, otrzyma on w równej mierze miłość i łaskę Boga.
Przypis:
   W czwartek 31 marca pojechałem do Klang, aby dołączyć do tamtejszych wielbicieli podczas bhadżanów i zgłębić pewne szczegóły historii Zaka. W tym czasie napisałem już szkic powyższej historii. Skorzystałem z okazji, aby odwiedzić dom Zaka, zobaczyć zdjęcie, które wyrzuciła jego matka, oraz kanał, o którym mowa w historii.
    Zak mieszka obecnie w nowym, większym, drewnianym domu oświetlonym lampą gazową. Na ścianach jego domu wisiało wiele obrazów związanych z jego religią chrześcijańską, a także zdjęcia Sai Baby, a nad drzwiami sypialni wisiało zdjęcie stóp Baby.
    Zak wskazał na duży obraz wiszący na ścianie naprzeciwko głównych drzwi. Gdy podszedłem do obrazu, nie mogłem powstrzymać okrzyku zaskoczenia i zachwytu, ponieważ obraz był wyraźnie pokryty wibhuti. Zwróciłem na to uwagę Zakowi, który był zajęty szukaniem w pudełku swoich zdjęć z okresu uzależnienia (niestety żadne nie było wyraźne).
   Zak mruknął: „Tak! Myślałem, że moje dzieci mogły tam nałożyć wibhuti... ale zaprzeczają. Moja żona twierdzi, że to ja mogłem to zrobić”. Następnie podszedł do obrazu i również wydał z siebie okrzyk zdumienia: „Hej! Jest go dużo więcej niż wczoraj”.
   Okazało się, że Zak zauważył ślady wibhuti już we wtorek 29 marca, ale zlekceważył to jako żart swoich dzieci. Później zapomniał o tym i, będąc bardzo zajęty, nie przyglądał się obrazowi uważnie. Teraz jednak, gdy wpatrywał się w pokryty wibhuti obraz, pokazał nam swoje ramiona pokryte gęsią skórką z stojącymi włosami dęba. Widziałem już wcześniej przejawy łaski Baby w Malezji i Indiach i byłem przekonany, że to nie był dziecięcy żart. Z jakiegoś powodu, znanego tylko Jemu, Baba postanowił zamanifestować wibhuti właśnie w tym czasie. Jak skomentował jeden z obecnych wielbicieli z Klang: „Być może to sposób, w jaki Baba pokazuje, że historia opowiedziana przez Zaka jest prawdziwa”. Niezależnie od powodu, wibhuti tam było i wszyscy mogli zobaczyć – niektórzy po raz pierwszy – manifestację łaski Baby.
Podczas tego wyjątkowego wydarzenia byli obecni wielbiciele Baby: Rajasukar i Balakrishnan z Klang oraz Paramanathar i Siva z Kuala Lumpur.
    Następnie poszliśmy obejrzeć kanał, o którym mowa w historii. Znajdował się on za starym domem Zaka, kilka domów od jego nowego miejsca zamieszkania. Było już bardzo ciemno (około 22:00) i bez oświetlenia ulicznego musieliśmy polegać na jasnym świetle księżyca i latarce. Wielkość kanału zaskoczyła mnie. Nie był to kanał burzowy, ale raczej duży rów odprowadzający wodę i ścieki, co jest dość powszechne na obszarach wiejskich. Oszacowałem jego szerokość na około 4,5 metra. Zapytaliśmy Zaka i jego żonę, w jaki dokładnie sposób matka wyrzuciła zdjęcie, ale oboje przyznali, że pojawili się na miejscu zaledwie kilka sekund po zdarzeniu. Matka przez kilka dni zapowiadała, że wrzuci zdjęcie do kanału, ale nie byli świadkami samego wrzucenia.
    Powiedziałem im, że zdjęcie mogło zostać rzucone z dużą siłą jedną ręką, ruchem zamaszystym w bok, co spowodowało, że przeleciało nad kanałem.
Wtedy zdecydowaliśmy, że powinniśmy wziąć przysłowiowego „byka za rogi” i zapytać samą matkę, co się stało. Ponieważ było późno, a matka mieszkała teraz w innym domu, poprosiłem pana Rajasukara, aby podjął się tego dość delikatnego zadania. Poprosiłem go również by skontaktował się z lekarzem, o którym mowa w historii. Rajasukar zgodził się podjąć tych zadań, chociaż bardzo się denerwował rozmową z matką.
    Spotkałem się ponownie z Rajasukarem na bhadżanach w Kuala Lumpur w sobotę 2 kwietnia, a oto co miał do powiedzenia:
Spotkał się z matką Zaka i zapytał ją: „Czy to pani wyrzuciła zdjęcie?”. Matka odpowiedziała: „Tak”.
   „Czy rzuciła pani zdjęcie w dół obiema rękami, czy jednym ruchem w bok?”. Odpowiedziała: „Rzuciłam jedną ręką. Rzuciłam zdjęcie na wysypisko śmieci (po bliższej stronie kanału)”.
    „Czy widziała pani, gdzie spadło?”.
    „Nie! Nie widziałam. Po prostu je rzuciłam, odwróciłam się i odeszłam!” – odpowiedziała.
     Wtedy Rajasukar zapytał: „Czy wiedziała pani, że zdjęcie spadło po drugiej stronie kanału?”.
     Odpowiedziała: „Nie wiedziałam (wtedy)”.
   „Jak się tam dostało?”. Zdezorientowana matka, która najwyraźniej nie zastanawiała się zbytnio nad całą tą sprawą, odpowiedziała: „Prawdopodobnie któreś z dzieci je tam przerzuciło!”.
  Widząc, że rozmowa zaczyna denerwować matkę Zaka, Rajasukar postanowił zakończyć tą dziwną rozmowę. Czytelnicy sami muszą wyciągnąć wnioski na temat całego zdarzenia.
    Jedno jest jednak pewne, żadne dzieci nie przerzuciły zdjęcia przez kanał, ponieważ Zak podniósł je natychmiast po tym, jak zostało wyrzucone.
  Rajasukar spełnił również drugą prośbę: skontaktował się z lekarzem opisanym w historii. W oryginalnym szkicu wymieniłem nazwisko lekarza, ale poprosił, aby jego nazwisko nie zostało ujawnione. Zgodził się jednak potwierdzić uzależnienie Zaka i napisał krótką notatkę na firmowym papierze, w której stwierdził: „Niniejszym oświadczam, że wyżej wymieniony (odnosząc się do Zakrhiyasa) był leczony przeze mnie z powodu uzależnienia od narkotyków przez kilka miesięcy, począwszy od grudnia 1974 roku”.
   Historia ma jeszcze jedno szczęśliwe zakończenie. Zakrhiyas informuje mnie, że dopiero w zeszłym miesiącu, tj. w lutym 1977 roku, spłacił ostatnie swoje „heroinowe długi” i odkupił całą biżuterię, którą zastawił, będąc w „szponach diabła”. Dziś Zak jest naprawdę szczęśliwym człowiekiem.




Część 2 – Pan Ang Chooi Tuah

(uzależniony od opium)

(opowiedział pan Ang)

   Niski, pogodnie wyglądający człowiek, to 43-letni pan Ang. Pierwszy raz spotkałem go podczas bhadżanów w Klang, a później brał też udział w bhadżanach w moim domu przy Jalan Abdullah. Byłem więc zaskoczony, słysząc o uzależnieniu Anga od opium, gdy wspomniano o tym podczas powrotnej podróży z Port Dickson. Następnie, 31 marca 1977 roku, nagrałem jego historię, którą opowiedział w języku Bahasa Malaysia.
    Uzależnienie Anga od opium zaczęło się w wieku 35 lat, gdy podążał znaną ścieżką obracania się w złym towarzystwie. Ang, który ukończył tylko sześć lat chińskiej szkoły i to z niezbyt dobrymi wynikami, był już wtedy żonaty i miał pięcioro dzieci. Pracował jako doker w korporacji przeładunkowej, w której nadal pracuje.
    Na moje dość naiwne pytanie, Ang cierpliwie wyjaśnił, że opium zwykle pali się za pomocą długiej fajki, z której korzystają inni palacze opium. Gdy już popadł w nałóg, Ang palił aż do około 40. roku życia.
   Wkrótce po tym, jak uzależnienie się zaczęło Ang zdał sobie sprawę, że jego skromna pensja jest niewystarczająca, aby zaspokoić rosnące potrzeby, więc zaczął pożyczać pieniądze, szybko popadając w potężne długi. Gdy sytuacja się pogarszała, odkrył, że nie może normalnie żyć, a tym bardziej pracować, bez zaciągania się opium. Cytując jego własne słowa: „jeśli nie zapalę przez ponad dziesięć godzin, czuję, jakbym umierał. Zaczynam się pocić, a moja skóra staje się bardzo gorąca. Żyły na rękach zaczynają się rozciągać i skręcać. To straszny ból, którego nie mogę znieść. Wszystkie stawy w ciele zaczynają boleć, a stawy kolanowe bolą tak, że nie mogę nawet chodzić”.
  W latach 1969-1974 pensja Anga wynosiła około 200-300 dolarów miesięcznie, a same wydatki na opium sięgały 90 dolarów miesięcznie (musiał więc utrzymać żonę i pięcioro dzieci za kwotę od 110 do 210 dolarów). Opium sprzedawano w małych paczkach po 1 dolar za sztukę. Zawartością była czarna substancja, miękka jak smoła, którą można było palić lub mieszać z kawą i pić. Gdy Ang skończył 40 lat, zużywał od dwóch do trzech paczek dziennie.
   W tym czasie Ang zdał sobie sprawę, że jest w poważnych tarapatach i zmierza ku samozniszczeniu. Kończyły mu się pieniądze, a jego ciało tak się wyniszczyło, że w wieku 38 lat wyglądał jak starzec. Jego waga, według Anga, spadła z 49,5 kg do 43,5 kg. Bał się również, że zostanie złapany przez władze państwowe i trafi do więzienia.
   Wszystkie te naciski i obawy zrodziły w Angu pragnienie wyrwania się ze „szponów diabła” – ale mimo prób, nie mógł przestać. Głód narkotyczny i ból spychały go z powrotem do ulotnej iluzji, jaką dawało mu opium.
    Wtedy kilka wydarzeń zaczęło dziać się niemal jednocześnie (na tym etapie bardzo trudno było ustalić ich dokładną kolejność – chociaż Ang został szczegółowo przepytany zarówno przeze mnie, jak i pana Rajasukara z Klang).
Ang, który postanowił rzucić nałóg, zdał sobie sprawę, że potrzebuje pomocy. Ale do kogo miał się zwrócić ten biedny, słabo wykształcony chiński robotnik? Początkowo zwrócił się o pomoc do lekarza w Klang. Życzliwy doktor próbował pomóc. Przez trzy dni podawał mu zastrzyki, jeden dziennie. Jednak dawały one ulgę tylko na pięć godzin. Po trzecim dniu lekarz powiedział Angowi, że nie może mu już pomóc. „Jeśli chcesz pomocy musisz przestać palić opium” – powiedział.
   W tym czasie Ang pracował w tej samej brygadzie, co kilku indyjskich dokerów. Jeden z nich, pan Rajaram, stawał się wówczas wielbicielem Baby i opowiadał wszystkim o Babie i Jego cudach, o tym, jak Baba pomaga innym i jak pomógł jemu.
    Okazało się, że Rajaram był kiedyś nałogowym pijakiem i bardzo agresywną osobą, zwłaszcza po alkoholu. Mimo że dużo pił, codziennie rano ćwiczył jogę i czytał książki religijne. Natrafił na informację o Babie i przekonał się, że jest On wcieleniem Boga.
   Zaczął brać udział w bhadżanach, a także w obchodach urodzin Baby w Kuala Lumpur i Klang w 1969 roku. Przynosił wibhuti dane przez innych wielbicieli i rozdawał je znajomym, którzy doświadczyli cudownych uzdrowień. Pewnego dnia kupił wisiorek z wizerunkiem Baby, założył go i natychmiast po tym jego pragnienie alkoholu ustąpiło i przestał pić. (Przyznaje, że obecnie wypije czasem symboliczny kieliszek, choć patrząc na Rajarama, trudno uwierzyć, że kiedyś był „pijakiem” i agresywną osobą).
   W tym czasie Ang postanowił zwrócić się o pomoc do Boga i religii, aby uwolnić się od uzależnienia od opium. Krótko mówiąc, potrzebował koła ratunkowego, aby wydostać się z kłopotów i według Anga, Baba w Swojej nieskończonej łasce dał mu to koło ratunkowe.
Kiedy Rajaram opowiedział Angowi o swoim doświadczeniu, Ang uznał, że jego poszukiwania wybawcy dobiegły końca. Pomyślał: „Skoro Baba może pomóc, poproszę Go o pomoc”.
    Ang zaczął więc modlić się do Baby i uczęszczać na bhadżany. Była to dla Anga gigantyczna walka, praktycznie z diabłem i złem po jednej stronie, a dobrem i Bogiem po drugiej.
  Jednak, gdy zauważył, że stopniowo udaje mu się zmniejszyć ilość wypalanego opium... jego determinacja wzmocniła się. Pewnego dnia, widząc, że Rajaram i inni znajomi noszą wisiorki z wizerunkiem Baby, postanowił zrobić to samo. Kupił więc wisiorek z wizerunkiem Baby i założył go. Ang twierdzi, że w chwili, gdy tylko zaczął go nosić, jego głód narkotyku zniknął; walka była skończona. Ból, który przez pięć lat rozdzierał jego ciało i duszę, ustał, a on odkrył, że nie potrzebuje już opium. W ten sposób, w wieku 40 lat, Ang zerwał z nałogiem, w który wpadł w wieku 35 lat.
   Później Baba pojawiał się w snach Anga i w tych snach materializował dla niego wibhuti. To samo w sobie jest aktem łaski, ponieważ Baba mówił, że to On sprawia, iż pojawia się w naszych snach... nie jest to nasza zasługa.
  Na moje pytanie, jak teraz postrzega Babę, Ang odpowiedział stanowczo: „Myślę, że On jest Bogiem”. Jego żona również tak postrzega Babę i modli się do Niego.
   Państwo Ang mają teraz ośmioro dzieci, z których najstarsze ma 22 lata.
Na moje ostatnie pytanie, jak jego chińscy przyjaciele, koledzy i krewni reagują na to, że modli się do Baby, Ang powiedział, że nie dokuczają mu ani go nie krytykują za podążanie za Babą... „Bo wie pan, oni wszyscy znają moją historię” ... i jego pięcioletnie życie w „szponach diabła”.
 – rodział z książki: J. Jagathesan’a, „Jurney to God, The Malayasian Experience with Sai Baba” (Podróż do Boga, doświadczenia z Sai Babą mieszkańców Malezji)
 – tłum. E.GG.