Czy Bóg mnie słyszy?
Jack Scher

     Gdy byłem małym chłopcem, mówiono mi: „Bądź grzeczny, bo Bóg cię ukarze. Bóg obserwuje cię cały czas. Widzi wszystko, co robisz, nie możesz się przed nim ukryć”. Mówiono mi, że wygląda jak człowiek, ale nie można go zobaczyć. Myślałem, że musi być bardzo duży, wystarczająco duży, by widzieć wszystkich na ziemi, bardzo silny, by być tak potężnym, skoro może zrobić wszystko, i bardzo stary, by być tak mądrym.
     Mówili: „Zamknij oczy i módl się do niego”. Doszedłem więc do wniosku, że tak naprawdę nie jest ważne, by go widzieć. Wydawało się, że modlitwa jest jak wypowiadanie wielkiego lub bardzo szczególnego życzenia. Najpierw trzeba było prosić o przebaczenie; trzeba było powiedzieć, że żałuje się za wszystkie złe uczynki, które się zrobiło. Wymieniałem kilka, które pamiętałem, a potem prosiłem o przebaczenie za wszystkie pozostałe grzechy.
     Zaletą modlitwy było to, że można było prosić o wszystko, czego się chciało. Leżałem w łóżku i myślałem o wszystkich rzeczach, które chciałbym mieć, a potem o nie prosiłem. Jeśli było coś, czego pragnąłem bardziej niż czegokolwiek innego, klękałem i składałem dłonie. Nie byłem nawet specjalnie rozczarowany, gdy nic się nie działo. Po prostu dalej miałem nadzieję, modliłem się i prosiłem o więcej.
     Gdzieś w głowie zrodziła się myśl, że proszenie o rzeczy tylko dla siebie jest złe. Modliłem się więc do Boga, aby pobłogosławił moją mamę, tatę i całą rodzinę. W ten sposób i ja byłem uwzględniony. Trwało to latami. Modlitwa stała się czymś, co musiałem robić przed snem. Robiłem to tak na wszelki wypadek, gdyby to zadziałało, a także aby się zabezpieczyć, gdyby naprawdę istniał Bóg, który patrzył.
      Mój ojciec był ortodoksyjnym Żydem. Zabierał mnie do lokalnej synagogi, gdzie kobiety siedziały na piętrze, a mężczyźni siedzieli na dole w swoich małych czarnych jarmułkach i jedwabnych, pasiastych tałesach[1]. Kołysali się w przód i w tył, zawodząc modlitwy niskim głosem, w obcym, rytmicznym tonie. Nic nie rozumiałem, ale wiedziałem, że obecność w świątyni, jest tak samo ważna jak codzienne odmawianie modlitw.
    Mój ojciec zmarł nagle, gdy miałem 5 lat. Do domu przyszło wielu mężczyzn, aby odmówić kadisz[2]. Dano mi książkę, jarmułkę i tałes, kazano mi stanąć twarzą zwróconą na wschód i modlić się: Shma Yisroel Adaunai Eloheynu...[3] Powtarzając te magiczne słowa, myślałem, że może zdarzyć się coś wyjątkowego, ale Bóg nie przyszedł, ani mój ojciec.
   Trzy lata później moja matka ponownie wyszła za mąż, a później została sparaliżowana przez polio. Mój ojczym był członkiem Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki i wierzył, że mogę pomóc mojej matce, jeśli będę chodził do jego kościoła. Tam uczono mnie o Mary Baker Eddy[4] i Dziesięciu Przykazaniach oraz jak śpiewać „Naprzód, chrześcijańscy żołnierze”. Moja matka miała pielęgniarkę ze Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki oraz starszą panią ubraną na czarno, która przychodziła do domu, aby czytać jej Biblię. Ale ich modlitwy nigdy nie zostały wysłuchane. Moja matka pozostała sparaliżowana od pasa w dół aż do swojej śmierci dwadzieścia lat później.
Moja ciotka Berta miała w sobie potencjał duchowej przewodniczki. Miała doktorat z filozofii i wygłaszała wykłady w całej Ameryce o „Jedności Boga”. W latach 30. XX wieku miała liczne grono zwolenników, szczególnie wśród kobiecych grup. Napisała kilka książek. Pamiętam jedną z nich zatytułowaną Józef, który nigdy nas nie opuścił. Była ona dedykowana mojemu ojcu, jej bratu. Na okładce znajdowało się zdjęcie nagiego mężczyzny kucającego w oddali, z którego głowy unosiła się ku niebu spirala dymu. Moi rodzice uważali, że jest szalona, i zabronili mi się z nią spotykać, ponieważ jasno dała do zrozumienia, że nie akceptuje nowego małżeństwa mojej matki. Spotykałem się z nią w tajemnicy, ponieważ była jedyną osobą, jaką znałem, która kochała mnie bezwarunkowo. Nigdy jednak nie interesowałem się jej naukami ani za nimi nie podążałem.
    Dorastałem więc bez większego zainteresowania Bogiem i bez wiary w Niego. Gdy poszedłem na studia, przez krótki czas interesowało mnie, jak powstał świat. Istniały trzy podstawowe tezy:
1. Świat zawsze istniał i zawsze będzie istniał. (To było dla mnie niemożliwe. Z pewnością musiał istnieć czas przed powstaniem świata.)
2. Świat powstał sam z siebie i jest skończony lub trwa wiecznie. (To również było dla mnie niemożliwe. Świat musiał powstać z czegoś, ale skąd wzięło się to „coś”?)
3. Świat został stworzony przez zewnętrzne źródło, prawdopodobnie boskie, a zatem niemożliwe do poznania. (Kolejna niemożliwość. Jeśli Bóg stworzył świat, to skąd On się wziął? Kto lub co Go zapoczątkowało?)
Nauczyłem się, że gdy mam kilka równie niemożliwych argumentów, stosuję zasadę brzytwy Ockhama[5]. Wybieramy najprostsze wyjaśnienie. Nigdy nie byłem zadowolony z koncepcji, że świat istniał od zawsze, ani nie cieszyła mnie wiara w Boga, którego istnienia nie można było udowodnić i która opierała się całkowicie na ślepej wierze.
   Kiedy ukończyłem studia, wszystkie myśli o Bogu zeszły na poziom nieświadomości. Być może z powodu tej straty odczuwałem przytłaczający lęk przed śmiercią. Bez Boga moja śmierć oznaczała całkowite unicestwienie. Myśl, że nigdy więcej nie będę oddychał, czuł, widział, dotykał – a co ważniejsze, świadomie istniał – wywoływała nieustający, samonapędzający się lęk. Wydawało się, że nikt inny nie odczuwa tego lęku w takim stopniu jak ja. Tak, wiedzieli, że w końcu umrą i że nic po nich nie pozostanie, ale skoro nic nie można na to poradzić, lepiej o tym zapomnieć i skupić się na teraźniejszości.
    Pamiętam, że nasz dzień to czas, godziny – a wskazówka zegara obraca się, zamykając nad nami krąg: a czarna, bezczasowa noc wciąga nas jak ruchome piaski, pochłania nas całkowicie – bez drugiej szansy czy spadochronu, bez klucza do nieba czy ostatniego, długiego spojrzenia.[6]
    Psychoterapia nie pomagała. Terapeuta powiedział, że mój lęk wynika z faktu, że nie czerpię wystarczająco dużo z życia, że lęk zniknie, gdy bardziej zaangażuję się w życie. Wtedy nie będzie czasu na rozmyślanie o śmierci.
Najlepszym pocieszeniem, jakie mógł mi zaoferować mój psychiatra, były opowieści o Kalahari. To koczownicze afrykańskie plemię jest w ciągłym ruchu. Kiedy ich członkowie stają się zbyt starzy, by dalej wędrować, dobrowolnie zostają w tyle, wiedząc, że czeka ich pewna śmierć z głodu. Gdy starzy ludzie siedzą i czekają na śmierć, w jakiś sposób rezygnują z ziemskiego życia... a ich oczy stają się błękitne jak niebo nad nimi.
   Próbowałem zaakceptować fakt, że jesteśmy tu tylko na krótką chwilę. Moim celem było w pełni przeżywać każdy dzień, starać się być szczęśliwym i przede wszystkim, zarobić dużo pieniędzy. Mój lęk przed śmiercią zszedł na dalszy plan. Pojawiał się tylko wtedy, gdy byłem chory, odczuwałem ból nieznanego pochodzenia lub dowiadywałem się, że ktoś, kogo znałem, umarł.
W ciągu dwunastu lat stałem się jednym z najlepiej opłacanych sprzedawców powierzchni reklamowych w branży medycznej. Byłem żonaty i miałem troje dzieci. W wieku 39 lat postanowiłem rzucić lukratywną pracę i spróbować swoich sił jako wydawca. Życie wydawało się zbyt krótkie, by żyć i umrzeć tylko po to, by zarabiać pieniądze. Całe to doświadczenie było jak sen. Wydawane pisma medyczne odnosiły sukcesy. Byłem notowany w rankingu „Kto jest kim” i zostałem milionerem. Moim jedynym problemem było to, że wciąż nie wierzyłem w siebie. Potrzebowałem lat psychoanalizy, aby w końcu zaakceptować, że nikogo nie oszukałem, że odniosłem sukces, ponieważ ciężko pracowałem i byłem dobry w tym, co robiłem.
   Gdy miałem 19 lat, obiecałem sobie, że jeśli kiedykolwiek naprawdę odniosę sukces w życiu, nie będę się tego kurczowo trzymał, próbując zdobyć więcej pieniędzy czy większy sukces. Zamiast tego zrezygnuję i będę się tym cieszył. W wieku 49 lat sprzedałem firmę i byłem całkowicie wolny, by robić wszystko, na co miałem ochotę.
    W 1976 roku, pięć lat po rozwodzie, poznałem Judy, kobietę mojego życia. Przez siedem lat bawiliśmy się w odkrywanie wszystkiego, co świat ma do zaoferowania. Myślałem, że jestem bardzo szczęśliwy, ale piłem za dużo i paliłem zbyt wiele marihuany. Opuściłem Nowy Jork, zbudowałem piękną kopułę geodezyjną w Wirginii i zacząłem prowadzić badania z zakresu parapsychologii. Myślałem, że mam wszystko, czego potrzebuję, z wyjątkiem być może życia wiecznego!
    Wziąłem udział w kilku kursach w Instytucie Monroe, próbując doświadczyć tzw. „wyjścia z ciała”. Myślałem, że jeśli uda mi się to osiągnąć będzie to dowodem, że jestem czymś więcej niż tylko swoim fizycznym ciałem. Nie udało mi się, ale w trakcie tego procesu zacząłem być bardziej otwarty. Zrozumiałem, że jedynym sposobem, aby dalej się rozwijać jest zaprzestanie osądzania. A ludzie, którym udawało się „opuścić ciało”, opisywali podobne doświadczenia. Miłość jest odpowiedzią na wszystko, a my jesteśmy energetycznymi osobowościami, które inkarnują się w celu rozwoju i eksploracji. Cała seria synchronicznych zdarzeń zaczęła przebudowywać mój system przekonań. Książki Setha[7], relacje z doświadczeń z pogranicza śmierci, przypadkowe spotkania z uzdrowicielami, mediami, ludźmi mającymi duchowych przewodników – byłem tym otoczony i podobało mi się to.
Po raz pierwszy usłyszałem o Sai Babie od przyjaciółki, która jest uzdrowicielką o zdolnościach parapsychicznych. W jej domu wisiało kilka Jego zdjęć. Mówiła, że jest jej Mistrzem. Nigdy nie zadałem jej żadnych pytań. Innym razem wydała przyjęcie, na którym poznałem mężczyznę, który właśnie wrócił z aszramu Baby. Ponownie nie zapytałem, kim On jest. Najwyraźniej nie byłem jeszcze gotowy. Mówi się, że do Baby przychodzą tylko ci, których On wezwał.
     W październiku 1984 roku, moja żona Judy i ja sięgnęliśmy po dwie książki o Babie: Sai Baba, święty i psychiatra autorstwa Samuela Sandweissa oraz Awatar Howarda Murpheta. Oboje byliśmy bardzo podekscytowani perspektywą uczynienia z Indii celu naszej następnej podróży. Judy, choć była zadowolona ze swojego życia, pragnęła poczuć więź z boską siłą. Mnie fascynowały opisy  życia Baby przypominające życie Chrystusa oraz Jego cuda. Pomyślałem, że jeśli naprawdę żyje ktoś taki jak Jezus i chodzi po ziemi, to czy może być coś lepszego niż sprawdzenie tego na własne oczy.
  Przed wyjazdem czułem pewien niepokój. Podobało mi się to, co przeczytałem o Babie, ale miał On tak wiele zasad: „Czyń dobro, dostrzegaj dobro, bądź dobry”; „Praca jest modlitwą”; „Obowiązek, oddanie...”. Trudno mi było zapamiętać słowo „dyscyplina”! Bałem się. Tak naprawdę nie uważałem Baby za Boga, ale co, jeśli nim był i mnie sobie podporządkuje? Musiałbym przestrzegać wszystkie te rzeczy... „Uważaj na swoje słowa, działania, uczynki”. Całe moje życie by się zmieniło.
    Tuż przed wyjazdem zobaczyłem Babę we śnie. Spojrzał na mnie bardzo surowo i głębokim głosem zapytał: „Czego pragniesz?”. Odpowiedziałem, że chcę wiedzieć, że śmierć nie jest końcem, że po niej będę miał ciągłą świadomość samego siebie.
    Stwierdzenie, że życie w aszramie Baby jest surowe, odzwierciedla nowo nabytą łagodność w moim myśleniu. Byłem zły, ale pełen nadziei, rozczarowany, ale zafascynowany i czasem bardzo samotny. Przede wszystkim chciałem osobistej audiencji. Pragnąłem, by Baba powiedział mi coś o mnie samym, coś co udowodniłoby, że jest Bogiem. Każdego dnia, dwa razy dziennie, stawałem w kolejce i czekałem. Kiedy miałem szczęście usiąść w pierwszym rzędzie, moje zmęczenie znikało, a drzewa wokół zdawały się kołysać i tańczyć na wietrze. Baba podchodził tak blisko, że mogłem Go dotknąć, ale nigdy nawet na mnie nie spojrzał. Obserwowałem, jak gorliwi wielbiciele dotykali Jego ślady stóp w piasku, radośnie rzucając święty piasek na swoje włosy, głowy i dzieci, a niektórzy nawet go jedli. Co miałem do stracenia? Też posypałem trochę na swoją głowę.
   Judy bezskutecznie próbowała mnie pocieszyć. „Baba wie, co jest najlepsze; może po prostu nie jesteś gotowy na audiencję”. Tego typu rozmowy były irytujące. Wszyscy zawsze mieli pozytywne wyjaśnienia, dlaczego rzeczy nie potoczyły się po mojej myśli.
   Widziałem Australijczyków w zielono-białych chustach, Argentyńczyków ubranych na jasnozielono, Nepalczyków w zabawnych czapeczkach. Wydawało się, że grupy miały największe szanse na audiencję. Rozważaliśmy nawet utworzenie grupy samotnych Amerykanów.
   Próbowałem spędzać czas w mandirze (świątyni). Wibrujące dźwięki bhadżanów podobno mają poruszać i karmić duszę. Zamiast tego siedziałem tam skulony, a inni obok szturchali mnie z każdej strony. Ściany były ozdobione posągami zwierząt i bogów o pogańskim wyglądzie, ogromnymi, naturalnej wielkości obrazami Baby i Shirdi Baby oprawionymi w złote ramy, spoglądającymi na nas z góry, a nad głowami wisiało kilka gigantycznych żyrandoli. Byłem otoczony morzem lśniących czarnych głów ludzi, którzy śpiewali, klaskali i radośnie intonowali hymny ku chwale Pana. Zastanawiałem się: dlaczego nie są Żydami, śpiewającymi żydowskie pieśni?
   Baba siedział na fotelu wyściełanym czerwonym aksamitem, a Jego dłoń wybijała rytm w takt muzyki. Przeżywając katusze, w całym tym upale, spojrzałem na Niego i uśmiechnąłem się. Miał zaledwie 59 lat, rok więcej niż ja, i miał około dwudziestu milionów wielbicieli. Jeśli nie był Bogiem, to z pewnością dobrze sobie radził!
  Tego wieczoru spotkałem Jona Gilberta, o którym po raz pierwszy usłyszałem w książce Murpheta. Historia Jona szczególnie mnie poruszyła i miała dla mnie duże znaczenie. Większość relacji Murpheta o cudach Baby dotyczyła Hindusów. A oto Jon, gniewny żydowski chłopak z Nowego Jorku (tak jak ja), który został cudownie uzdrowiony przez Babę. Jon powiedział nam, że znów zachorował i wrócił do aszramu. Baba pomagał mu, ale jednocześnie przyjmował leki. Powiedział, że zgłosił się na ochotnika do pracy w kuchni, gdzie wyciągał kiełki fasoli. Za każdym razem, gdy wyciągał kiełek, mówił „Sai Ram”. Baba twierdzi, że powtarzanie imienia Pana jest krótszą drogą do boskości.
   Byłem wstrząśnięty, widząc Jona tak bladego i śmiertelnie chudego; zasmucony, że znów wrócił tutaj i jest chory; zdezorientowany, bo wydawało się, że Baba go zawiódł. Kiedy opowiedziałem mu o moim doświadczeniu w mandirze, okazał współczucie. Uśmiechnął się łagodnie i zapytał, czy poznałem Druckera. „Poszukaj Druckera, polubisz go” – powiedział.
     Miał rację. Drucker był człowiekiem upojonym Bogiem, jego miłość do Pana była zaraźliwa. Powiedział: „Nie trać czasu na zastanawianie się, czy Baba jest boski, poszukaj boskości w sobie. Najpierw musisz mieć wiarę w Boga, dopiero potem możesz mieć jakieś doświadczenie. Wielu ludzi przyjeżdża tutaj i nic nie czuje podczas darszanu. Później wracają do domów z niczym. Szukają najpierw doświadczenia, żeby dopiero potem uwierzyć. Ty musisz najpierw uwierzyć. Zrób to”.
   Drucker był dla mnie punktem zwrotnym. Magia tego miejsca zaczęła działać. Siadałem, paląc papierosa, przed główną bramą i obserwowałem bawiące się piękne żebrzące dzieci, koguty siedzące na dachu pralni, dziwaczne kawiarenki, kozy, krowy, woły, osły i bezwłose psy błąkające się po ulicy. Małe sklepiki z pamiątkami oświetlone nocą żarówką bez klosza, z których rozbrzmiewała głośna bhadżanowa muzyka. Z całą pewnością tak musiało wyglądać to miejsce dwa tysiące lat temu.
   W końcu, podczas darszanu, Baba podszedł i nie tylko spojrzał na mnie, ale także surowym głosem zapytał: „Skąd jesteś?”. Byłem tak zszokowany, że zamiast „z Wirginii” wypaliłem „z Nowego Jorku”. Skinął tylko głową i zatrzymał się ponownie przy innym mężczyźnie, zadając mu to samo pytanie. Mężczyzna odpowiedział: „Z Salwadoru”, a Baba skinięciem poprosił go na audiencję. Pomyślałem: „Cóż, pewnie potrzebuje on bardziej niż ja”.
Innym razem Baba zatrzymał się przede mną, a ja delikatnie wyciągnąłem rękę i dotknąłem Jego stopy. Była gładka i ciepła, ale nie pojawiły się żadne fale uczuć ani objawienia. Wziął nawet jeden z moich listów, ale jedynym cudem, jaki widziałem, było jego nieustanne materializowanie wibhuti. Widziałem wiele osób, które miały pierścionki i wisiorki zmaterializowane przez Babę. Wszystkie miały do opowiadania wspaniałe historie.
   Jednym z osobistych lil (gry, cuda) Baby było moje zdziwienie, że podczas bhadżanów mogłem zamknąć oczy i nagle cała scena, którą obserwowałem, zamieniała się w piękne odcienie intensywnego różu, purpury, fioletu i pomarańczowego. Początkowo myślałem, że to przywidzenie, ale scena ciągle się zmieniała. Publiczność znikała, a ja widziałem ogromne pałace z gigantycznymi murami i wieżami. Kiedy Baba wychodził na zewnątrz, wystarczyło, że zamknąłem oczy, a cała scena zamieniała się w delikatny, a jednocześnie intensywny róż. On rozświetlał niebo swoją obecnością.
   Zacząłem też widzieć oko. Pojawiało się nagle przed moimi zamkniętymi oczami, jakby pomiędzy prawdziwymi oczami. Odkryłem, że mogę je przybliżyć tak bardzo, że widziałem naczynia krwionośne. Wpatrywałem się w źrenicę, szukając wiadomości od Pana. Czy Bóg mnie obserwuje? Oko wyglądało bardzo znajomo, jego kształt, linie... tak, to było moje własne oko. To było pocieszające. Miałem nowego przyjaciela i nowy punkt skupienia do medytacji.
   Pewnego dnia podczas darszanu zobaczyłem w oddali Druckera, który opiekował się chorym mężczyzną na noszach. Wytężyłem wzrok, ale nie mogłem rozpoznać, kto to był. Nerwowo rozejrzałem się za Jonem Gilbertem, ale nigdzie go nie widziałem. Baba podszedł, zatrzymał się, porozmawiał z Druckerem, a potem poszedł dalej. Grupa mężczyzn, których rozpoznałem, podeszła do Druckera i razem wynieśli mężczyznę. Później dowiedziałem się, że Jon zmarł. Powiedziano mi, że miał piękną śmierć; wszyscy jego przyjaciele zebrali się wokół jego łóżka, intonując „Sai Ram”. Jon zmarł z łagodnym uśmiechem na twarzy.
   Łzy napłynęły mi do oczu, płakałem bez opamiętania. Jak Baba mógł pozwolić mu umrzeć? Jak śmierć może być piękna? Judy powiedziała później: „Nie wiesz wszystkiego o Jonie. Nie rozumiesz, co wydarzyło się w jego życiu ani w jego poprzednich wcieleniach”.
   Szlochałem: „Nie, nie wiem, ale wiem, że Jon chciał żyć. Dlatego tu był, dlatego codziennie mówił tysiąc razy »Sai Ram«, za każdym razem, gdy wyciągał kiełek fasoli. Z pewnością miał karmę i bardzo cierpiał, ale chciał żyć i spłacić swoje długi. Jeśli Baba jest Bogiem, dlaczego nie pozwolił mu żyć? Mam dość tych wszystkich indyjskich cudów. Nie będę już czytał tych książek. Mam tego dość”.
  Odbyła się ceremonia pogrzebowa. Ludzie, którzy znali Jona, spotkali się przy Bramie tuż przy posągu Ganeszy. Drucker poprowadził procesję poza miasto; kobiety i mężczyźni szli oddzielnie, wszyscy niosąc kadzidła. Drucker i mężczyzna z księgarni, Burt, intonowali Wedy. Podobał mi się ich głęboki, potężny dźwięk; przypominał mi głośne modlitwy Żydów.
   Podeszliśmy do miejsca pochówku, głębokiej dziury w piaszczystym, suchym korycie rzeki. Byłem zaskoczony, widząc, że znam większość obecnych tam osób. Stałem obok Massima, który kiedyś podczas darszanu oddał nieznajomemu swoje miejsce w pierwszym rzędzie. Był tam Robin, mężczyzna, którego często obserwowałem, jak bawił się ze swoim pięknym, młodym, jasnowłosym synem. Tyle twarzy, które spotkałem lub obserwowałem przez ostatnie tygodnie; wszystkich opisałem w swoim dzienniku.
   Upał był nie do zniesienia. Drucker założył złoto-białą jarmułkę. Powiedział, że nie przyszliśmy, aby opłakiwać Jona, ale aby czcić Pana. Opowiedział, jak Jon przybył w 1973 roku jako gniewny młody człowiek, śmiertelnie chory na chłoniaka Hodgkina (rodzaj raka układu limfatycznego), jak Baba się nim opiekował i dał mu jedenaście dodatkowych lat na duchowy rozwój. Odmówiliśmy żydowską modlitwę kadisz i śpiewaliśmy żydowskie pieśni. Drucker podał nam Jona pudełko na wibhuti, które było wypełnione jego prochami. Jeden po drugim wsypywaliśmy je do wielkiej dziury w ziemi.
    Później, w środku nocy, nagle się obudziłem. Zobaczyłem Druckera z tą złotą jarmułką na głowie. Zadałem sobie pytanie: „Jak często ktoś tu umiera? Jak często ktoś umiera tutaj i ma żydowski pogrzeb? Jak często Drucker, człowiek, którego znam, prowadzi ceremonię? Jak często umiera tu ktoś, kogo znam!”. W tym momencie wszystkie twarze osób obecnych na pogrzebie nagle ożyły, jak postacie w filmie. Płakałem z radości. To był boski spektakl Baby. Baba mnie zna. Troszczy się o mnie. Zaaranżował całą tą scenę dla mojego dobra, abym mógł zrozumieć i przestać bać się śmierci.
     Poczułem, że wreszcie udało mi się przebić moją ochronną zbroję.
Były nawet momenty, kiedy myślałem, że Baba jest Bogiem, ale już w następnej chwili zadawałem sobie pytanie: „Jak to możliwe, żeby oczy Boga były przekrwione? Żeby kaszlał, pocił się...”.
     Kasturi mówi, że Baba lubi nas „ubijać”, jak masło. Jedynym sposobem by uzyskać masło z mleka, to ubijać je.
   Gdy opuszczaliśmy Puttaparthi, czułem się bardzo czysty po prawie miesiącu bez marihuany i alkoholu. Nie składałem żadnych obietnic, nawet Judy nic nie powiedziałem. Pomyślałem, że zobaczę, jak to jest przez jakiś czas obyć się bez nich. Zatrzymaliśmy się na Hawajach w pięknym kurorcie na plaży, gdzie normalnie zaczynałem pić jeszcze przed południem. Przed kolacją wypijałem co najmniej dwa lub trzy bardzo duże drinki, a potem pół butelki wina do posiłku, a na koniec białą brandy. W międzyczasie paliłem skręta, żeby poczuć się trochę bardziej odurzonym... Lubiłem to uczucie odpływania w głęboki sen. To dziwne, biorąc pod uwagę wszystkie moje lęki związane z utratą życia.
    Całkowicie przestałem pić i palić, z dnia na dzień, bez wysiłku. Na początku nie czułem żadnej różnicy, po prostu byłem zadowolony, że było to takie łatwe.
    Judy była przeszczęśliwa. Nigdy mi tego nie powiedziała, ale przed wyjazdem do Baby modliła się do niego, mówiąc: „Baba, jeśli naprawdę jesteś tym, o kim piszą wszystkie książki, proszę tylko o jedno – aby Jack przestał pić alkohol i palić marihuanę”.
   Zacząłem zauważać subtelne zmiany, takie jak decyzja, by więcej nie kłamać. Odkrywałem, że czasem ogarniały mnie emocje i płakałem, kiedy opowiadałem o moich doświadczeniach z Babą.
   Wszystko działo się stopniowo. Czytałem coraz więcej książek o Babie, słuchałem nagrań z bhadżanami i faktycznie zacząłem zwracać uwagę na swoje słowa, myśli i czyny. Kiedy czułem niecierpliwość, przypominałem sobie długie czekanie w kolejce w aszramie i zaczynałem powtarzać w kółko „Sai Ram, Sai Ram”, aż emocje ustępowały. Często zapominałem dziękować za jedzenie, więc obiecałem sobie, że jeśli znowu zapomnę, to uklęknę i podziękuję.
    Byłem i nadal jestem rozdarty między dwoma umysłami: swoim i „małpim”. Czasami mówię o Babie, jakby był Bogiem. Tłumaczę swoim dzieciom, że Bóg inkarnował jako człowiek, aby zapalić lampę miłości i odrodzić duchowość.
Mój syn Adam sprowadza mnie na ziemię, mówiąc: „Tato, przecież tobie zawsze zależało na władzy!”. Moje dzieci to młodzi dorośli. Cieszą się, że już nie palę trawki i nie piję, ale uważają, że za dużo mówię o Bogu.
    Adam mówi: „Po co Mu ochroniarz? Ten duży facet, który powstrzymuje tłum? Jeśli jest Bogiem, to dlaczego nie może utrzymać ich w ryzach samą siłą woli? Dlaczego nie pojawi się w telewizji, na wszystkich kanałach jednocześnie? Wtedy każdy by wiedział, że jest Bogiem!”. Mówię im, że nie da się udowodnić, że Baba jest boską Istotą, że trzeba to po prostu zaakceptować, ale czasami chciałbym, aby to było możliwe.
    Innym razem moje dzieci pytają: „Jeśli Baba jest Bogiem, to dlaczego nie zrobi nic z tymi wszystkimi wojnami, głodem, niesprawiedliwością i cierpieniem?”.
   Próbuję im wytłumaczyć, że Baba jest tutaj, aby podnieść duchową świadomość człowieka, że dopiero wtedy, i tylko wtedy, może zapanować pokój i harmonia. Baba mówi, że gdyby po prostu machnął ręką i uczynił świat doskonałym, to wkrótce wszystko wróciłoby do takiego samego stanu, jaki mamy teraz. Mówi, że to od nas zależy, czy odnajdziemy nasze duchowe odrodzenie. Czasami jednak zastanawiam się, dlaczego Baba machnięciem ręki nie włączy doskonałości ludzkiej świadomości. Być może, gdyby to zrobił, nie byłoby już powodu, byśmy się inkarnowali. Chcę żyć zgodnie z pięcioma zasadami Baby: prawdą, właściwym postępowaniem, miłością, pokojem i niekrzywdzeniem. Każdego ranka i przed snem modlę się i odmawiam mantrę Gajatri. Kiedy nachodzą mnie złe myśli, łapię się na tym i mówię „Sai Ram”. Kiedyś uwielbiałem plotkować, ale teraz powstrzymuję się, przynajmniej przez większość czasu.
     Naprawdę wierzę, że ego i przywiązania są źródłem bólu i cierpienia. Bez przywiązań możemy uwolnić się od pragnień, bez pragnień możemy być wolni od gniewu, nienawiści, zazdrości, chciwości, zawiści i pychy. Bez ego możemy być pokorni i miejmy nadzieję, szukać i znaleźć Boga. Baba mówi, że zna naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jak więc może istnieć wolna wola? Gdzie jest podstawa do pochwały czy nagany? Kiedyś lubiłem swoje stare zasady. Długo zajęło mi osiągnięcie dobrego samopoczucia A teraz, gdy wreszcie poczułem dumę z ziemskiego sukcesu, okazało się, że to wcale nie była moja zasługa, lecz była to łaska Boga.
     Czytałem, że jedyny wybór, jaki mamy, to zwrócić się ku Bogu lub od Niego odwrócić. To naprawdę jest niezły układ, bo jeśli oddam się w ręce Boga, jestem chroniony, nie muszę już rzucać kostkę. Należę do Niego! Ale jeśli wszystko zostało postanowione, to po co próbować cokolwiek robić? Odpowiedź wydaje się być taka, że bycie człowiekiem, czyli posiadanie fizycznego ciała, oznacza, że większość z nas nie zawsze potrafi zwrócić się ku Bogu, dlatego musimy żyć tak, jakbyśmy mieli wolną wolę.
     Baba mówi: „Życie jest wyzwaniem, podejmij je. Życie jest grą, graj w nią. Życie jest miłością, ciesz się nią. Życie jest marzeniem, zrealizuj je”.
     Baba opowiada historię o psie, który wszedł do pokoju, w którym wszystkie ściany były lustrami. Pies, widząc wiele psów, zaczął szczekać. Gdy do tego samego pokoju wszedł człowiek, ujrzał swoje liczne odbicia. Czerpał przyjemność z odkrywania różnych aspektów samego siebie. Baba wyjaśnia, że na świecie widzimy miliardy ludzi i rzeczy, które wydają się być różne. Mówi, że te różnice są jak odbicia w lustrze, są iluzoryczne. Baba twierdzi, że wielką radość sprawia poznawanie i uczenie się miłości do wielu aspektów nas samych, które odnajdujemy w ludziach i rzeczach wokół nas. Mówi, że jest w naszych sercach, a ja mam nadzieję, że Go tam odnajdę.
    Baba mówi: spójrz na ocean. Zobacz fale, które wznoszą się, toczą, rozbijają tworząc pianę. Widzisz różne formy: wodę, fale, pianę i bąbelki, a jednak ani przez chwilę nie wątpisz, że wszystko, co widzisz, to jeden ocean. Możesz to zrozumieć, ponieważ w krótkim czasie te różne formy zlewają się i stają jednym. Gdybyśmy zdobyli się na akt wiary, zrozumielibyśmy, że wszystko jest Jego stworzeniem i że jesteśmy jego częścią. Postrzeganie siebie jako oddzielnych istot oznacza utratę radości płynącej z wiedzy, że jesteśmy częścią Boga, że wszyscy jesteśmy boscy. Wtedy z pewnością możemy zobaczyć i pokochać siebie w każdej osobie, źdźble trawy i gwieździe na niebie.
    Moje wartości wciąż się zmieniają. Przez całe życie nie wykonywałem żadnej pracy społecznej. Nigdy celowo nikogo nie skrzywdziłem, ale pomaganie innym było czymś, co albo ignorowałem, albo miałem nadzieję, że zajmą się tym inni. Na 60. urodzinach Baby, regionalny przewodniczący Organizacji Sai, Hal Honig, zapytał mnie, czy nie spróbowałbym założyć grupę studiującą nauki Baby w Wirginii. Zawahałem się. Nie chciałem się zgodzić, a potem tego nie zrobić. Okłamywanie Boga to poważna sprawa! Im więcej o tym myślałem, tym bardziej mi się ten pomysł podobał. To była wspaniała okazja, by się sprawdzić i dowiedzieć, czy potrafię podążać duchową ścieżką. Z radością przyjąłem pomysł spotykania się i przebywania z ludźmi związanymi z Babą.
    Zawsze podobał mi się cytat: „Ręce, które służą, są świętsze niż usta, które się modlą”. Teraz miałem swoją szansę, tylko tym razem obiecałem sobie, że nie będę prowadził tej grupy jak jednej z moich dawnych firm. Miałem nadzieję, że będę wykonywał tę pracę z miłością i ufnością, że resztą zajmie się Baba.
      Nie czuję już, że muszę wszystko sam doprowadzić do końca. Nasza grupa studyjna zaczynała z dwunastoma osobami, a teraz zostało nas siedmioro stałych członków. Naszym pierwszym projektem społecznym było założenie ogrodu warzywnego w „Liberty House”, lokalnym domu opieki dla osób starszych. Byłem trochę zdenerwowany, widząc większość ze 109 pensjonariuszy na wózkach inwalidzkich. Jako dziecko musiałem wszędzie pchać wózek z moją matką i chyba wtedy nie robiłem tego z miłością, więc teraz Baba daje mi kolejną szansę. Już pierwszego dnia usiadłem obok starszego pacjenta, który po prostu lubił śpiewać pieśni religijne. Śpiewaliśmy „Naprzód żołnierze Chrystusa”. Pamiętałem tą pieśń z czasów, gdy mój ojczym kazał mi chodzić do kościoła Chrześcijańskiej Nauki.
    Wkrótce dołączył do nas inny starszy mężczyzna, wyglądający na przygnębionego. Zapytałem go, jak się czuje, a on odpowiedział: „Niedobrze, właśnie umarł człowiek”. Skinąłem głową, próbując go pocieszyć, ale zastanawiałem się, dlaczego pierwsze słowa tego człowieka dotyczyły mojego własnego lęku przed śmiercią? W następnej sekundzie mężczyzna zaczął opowiadać, jak bardzo boi się stracić swoje pieniądze. Znowu, mężczyzna trafił prosto w mój główny problem związany z pieniędzmi. W tym momencie uśmiechnąłem się, uświadamiając sobie, że to z pewnością sposób Baby na przywitanie się i pokazanie, że rzeczywiście mnie obserwuje.
    Inna z nauk Baby, ograniczanie materialnych pragnień, powoli staje się częścią mojego życia. Nadal kupuję za dużo rzeczy, ale coraz częściej przed dokonaniem zakupu pytam: czy naprawdę tego chcę, czy służy to jakiemuś znaczącemu celowi, czy nie krzywdzę tym kogoś lub pozbawiam go czegoś? Naprawdę pragnę uwolnić się od przywiązania do rzeczy. Moim celem jest traktowanie przedmiotów tak, jakby były wynajętymi meblami w pięknym hotelowym pokoju – cieszyć się nimi, a potem odejść bez żalu przy wymeldowaniu.
      Kiedy byłem dzieckiem, myślę, że porzuciłem wiarę w Boga, ponieważ wydawało mi się niemożliwe, aby mógł On widzieć i wiedzieć wszystko i być wszędzie. Teraz słyszę, że Baba jest wszechwiedzący, wszechobecny i wszechmocny. On „wie wszystko”, jest wszędzie i ma nieograniczoną moc. Dlaczego nie? Z pewnością Pan jest czymś więcej niż gigantycznym uniwersalnym komputerem. Wygląda na to, że zatoczyłem pełne koło i z wielkim poczuciem ulgi mogę teraz „odpuścić i pozwolić Bogu działać”. Jestem gotowy, by się poddać, by przestać tyle mówić i po prostu wykonywać pracę, którą powinienem wykonywać.
    W Wedancie i literaturze Sai jest wiele odniesień do błogości i radości zjednoczenia z Panem. Jedynym wyzwoleniem, jakiego pragnę, jest całkowita wolność od moich dawnych lęków przed śmiercią. Zjednoczenie jest jak kropla deszczu wpadająca do oceanu – znika, nie jest już kroplą. Nie jestem jeszcze gotowy zrezygnować z mojego wciąż cennego poczucia świadomości siebie. Nie chcę być cukrem, chcę go smakować.
   Teraz, kiedy myślę o śmierci, wyobrażam sobie spokojne odejście i opuszczenie ciała. Ciągle słyszę, jak mówi: „Nie jesteś ciałem, zrzuć je jak znoszony płaszcz”. I myślę: „To właśnie chcę zrobić, odejść z uśmiechem i »Sai Ram« na ustach”. Ale nagle powracają moje stare lęki: „A co, jeśli to wszystko jest mistyfikacją – po prostu umierasz, rozgnieciony jak mucha, znikając w nicości?”.
     Wtedy śmieję się: „Nawet jeśli tak jest, nie ma lepszego sposobu na życie niż podążanie za naukami Baby”.
     Wierzę, że teraz wiem, kim chcę się stać. Tym, który nie żywi nienawiści do żadnej istoty, jest przyjazny, miły i współczujący, który nie uważa, że cokolwiek do niego należy i znosi smutek i radość z jednakowym spokojem.[8]
Możesz się zastanawiać: „Dlaczego Bóg miałby zwracać na mnie uwagę? Co możesz Mu ofiarować, co by przyjął, skoro cały Wszechświat już jest Jego? Jeśli nawet aniołowie i bogowie nie mogą Go zobaczyć, jaką mam na to szansę?”. Ale takie poniżające i umniejszające myśli do niczego cię nie zaprowadzą. Dopóki tak myślisz, nie będziesz w stanie zasłużyć na łaskę Boga i być godnym, by Mu służyć. Nie dawaj miejsca takim przejawom słabości. Musisz umieścić Boga w swoim sercu i powiedzieć Mu: „Ukochany Panie! Wiem, że wypełniasz cały Wszechświat, ale jesteś także tutaj, w moim sercu. Z całej siły będę Cię tu trzymał, mocno osadzonego we mnie. To prawda, że jesteś największym z wielkich, ale jesteś także najmniejszym z małych. W tej najmniejszej postaci zawsze mieszkasz w moim sercu”. Jeśli masz w sobie tę niezachwianą wiarę i stanowcze postanowienie, by na stałe umieścić Boga w swoim sercu, z pewnością Go osiągniesz.
 – Sathya Sai Baba
 z książki „Transformation of the Heart (Przemiana serca)”
– tłum. E.GG.
 
[1]Tałes – szal z frędzlami na rogach noszony przez żydowskich mężczyzn podczas porannych modlitw.
[2] Kadisz – modlitwa w judaizmie wychwalająca imię Boże i wzywająca nadejście Jego królestwa. Jest odmawiana również przez żałobników, aby wspierać zbawienie duszy.
[3] Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Panem jedynym.
[4] Mary Baker Eddy – mistyczka, założycielka Stowarzyszenia Chrześcijańkiej Nauki, a w 1879 Kościoła Scjentystów.
[5] Zasada brzytwy Ockhama – zasada zgodnie z którą spośród wielu możliwych wyjaśnień danego zjawiska należy wybrać najprostsze, wymagające najmniej założeń i pojęć.
[6] Walter Benton, “To jest mój ukochany” (Nowy Jork, 1943)
[7] Książki Setha – seria metafizycznych książek spisanych podczas transu Jane Roberts.
[8] Słowa Kryszny w Bhagawadgicie