Cudowne dzieci Sai

Howard Murphet

(Ostatni rozdział książki pt. Lights of Home  czyli ‘Światła domu’)


       Rozpoczęła się zupełnie nowa i fascynująca faza w pracy Swamiego dla ludzkości. W różnych miejscach sprowadza na świat, jak ich nazwałem, „cudowne dzieci Sai”. Jak donoszono, pewnemu wielbicielowi, który od dawna przebywał ze Swamim w Jego aśramie w Indiach, powiedział On, iż będzie trzynaścioro takich dzieci. Mnie zaś wiadomo, że pięcioro z nich już się inkarnowało. Jedno z nich żyje w Holandii, drugie w Indiach, dwoje w krajach, co do których nie mam pewności, a piąte w Australii. Najbardziej pewny jestem tego ostatniego, gdyż rozmawiałem z jego matką oraz otrzymywałem informacje od kilku bliskich przyjaciół, którzy odwiedzali tego małego chłopca. Mam też jego zdjęcie. 

Historia narodzin chłopca, którą opowiedziała mi jego matka, oraz relacje z późniejszych cudownych zdarzeń, są tak niezwykłej natury, że chyba nikt prócz wielbicieli Sai w nie nie uwierzy, a jednak jest wielu niepodważalnych świadków. Zatem najpierw o narodzinach. Kiedy matka była w połowie siódmego miesiąca ciąży i bynajmniej nie spodziewała się porodu, pewnego dnia spożywała posiłek w znanej restauracji wraz z mężem i być może jakimiś przyjaciółmi. Powiedziała mi, że podczas jedzenia nagle doznała wizji grupy małp, które stały przed nią i wydawały podniecone odgłosy, zaś jedna z nich, zdaje się przywódca, podszedł blisko i mówił do niej w jakimś języku, którego nie znała. Nic nie rozumiała z tej wizji podnieconych małp. Chociaż jest wielbicielką Sai, myślę, że nie czytała o Panu Ramie i jego armii małp pod dowództwem wielkiego wielbiciela Hanumana, lecz mnie się wydaje, że dziecko w łonie matki miało jakiś bliski związek z Panem Ramą. W każdym razie następnego dnia matkę zabrano do szpitala, gdyż nadchodził poród. Powiedziała mi, że gdy się rozbierała, aby położyć się na łóżku w szpitalu, zauważyła wydzielające się na ciele wibhuti, szczególnie w okolicach żołądka. Zaraz pomyślała, że to musi mieć jakiś związek z dzieckiem, które nosiła. Uznała, że sama nie była godna takiego cudu, zatem jej dziecko musi być wyjątkowo święte. Trochę się jednak niepokoiła tym, że dziecko rodzi się przedwcześnie. Chłopiec przyszedł na świat tego samego dnia i w rzeczy samej był bardzo mały, ważył zaledwie półtora kilograma. Ułożono go w łóżeczku, a w tym szczególnym szpitalu panował zwyczaj wypisywania przynależności religijnej noworodków na etykietce przymocowanej do łóżeczka po to, by przedstawiciele określonego kościoła mogli pobłogosławić wszystkie dzieci urodzone w ich religijnej owczarni. Ponieważ matka i ojciec tego dziecka byli wyznawcami Sai Baby, na etykietce napisali „Sai Baba”. Matka była nieco zaskoczona, ale i bardzo zadowolona, że wszyscy kapłani, którzy tego dnia odwiedzili szpital, w tym jeden buddyjski i kilku z kościołów chrześcijańskich, udzielili błogosławieństw maleńkiemu chłopcu z etykietką „Sai Baba” tak samo, jak noworodkom z ich własnych wyznań. Tego pierwszego dnia jego życia zaskoczyło ją jeszcze coś innego. Gdy podeszła do niego, by popatrzeć jak leży w łóżeczku, na czole chłopczyka zobaczyła złoty krzyżyk. Zjawił się tam, kiedy chłopiec pogrążony był we śnie. Zdjęła go i zawiesiła mu na szyi.

Chłopczyk, chociaż urodził się tak mały, był całkowicie zdrowy i szybko urósł do normalnych rozmiarów. Rodzice reprezentowali wschód i zachód. Urodziwa i uduchowiona matka była Syngaleską ze Śri Lanki, zaś wysoki, przystojny ojciec pochodził z Grecji. Swojemu cudownemu synowi nadali imiona Alexander Saisha. Na ogół nazywają go Aleksem. Ponieważ mam zdjęcie Aleksa zrobione gdzieś między drugim i trzecim rokiem jego życia, wiem że jest naprawdę bardzo przystojnym chłopcem.

Relację o cudach towarzyszących chłopcu zdała mi częściowo jego matka, a uzupełnili ją moi bliscy przyjaciele, którzy go odwiedzali. Myślę, że wibhuti tworzyło się na jego skórze już wtedy, gdy był jeszcze noszony na rękach. Wiem, że wibhuti pojawiające się na jego twarzy i głowie nie mogło być dlań takim kłopotem, jak to było w przypadku małego dziecka-wibhuti, które hinduscy rodzice przywieźli do  Swamiego ponad dwadzieścia lat temu. Widziałem wtedy jak popiół ten pojawiał się natychmiast, gdy matka zeń go ścierała. Ona i ojciec dziecka przywieźli je do  Prasanthi Nilayam, aby prosić Swamiego, by sprawił, że wibhuti nie będzie się tworzyło tak często. Piszę o tym w książce zatytułowanej Sai Baba Awatar. Powiedziałbym, że mały Aleks z Australii nie jest odrodzonym joginem, jak w przypadku małego Hindusa, o którym tak właśnie orzekł Swami. Alexander Saisha należy do owej grupy wyznaczonej przez Sai Babę do inkarnowania się w szczególnym celu, o czym powiem jeszcze nieco dalej.

Po jakimś czasie od pojawienia się na jego skórze wibhuti, w okolicy trzeciego oka zaczęła wypływać amryta. Niekiedy jest ona nazywana „nektarem Bogów”. Następnie z czubka głowy zaczęła wypływać lecznicza oliwa o cudownym zapachu. Informowano, że oliwa ta, której odrobinę i ja dostałem, wyleczyła przypadki raka. Oczywiście, ani amryta, ani oliwa nie płyną stale, co byłoby nie do zniesienia dla dziecka. Wypływają z przerwami w ilościach wystarczających, by rodzice mogli trzymać je w naczyniach i rozdawać szczęściarzom, którzy ich odwiedzali. Otrzymałem również trochę wibhuti i mogę stwierdzić, że jego smak nie jest taki jak innych wibhuti, które miewałem. Jest słodkie z nieokreślonym, przyjemnym posmakiem.

Innym wyjątkowym fenomenem przejawianym przez tego małego Australijczyka, który nie ma jeszcze trzech lat, jest stwarzanie lingamów Śiwy. Nie wydobywają się z jego wnętrzności ani nie stwarza ich ruchem ręki, tak jak robi to Sai Baba, lecz po prostu pojawiają się w jego maleńkiej dłoni, gdy śpi leżąc w łóżeczku. Może też być przebudzony, gdy się pojawiają, ale zawsze są znacznych rozmiarów, niektóre większe od kaczego jaja, jak mi mówiła jego matka, a ich substancją są piękne kryształy o wspaniałych barwach. Do kogo mają trafić te święte symbole Pana Śiwy, o tym informuje matkę sam Swami, który często przebywa w tym domu. Otrzymać taki symbol to naprawdę wielki zaszczyt.

Kolejnym znaczącym „wytworem” cudownego chłopczyka są od niedawna klejnoty. Chociaż kilka z nich to medaliony, znakomitą większość stanowią złote obrączki i sygnety. Do czasu, gdy to piszę, czyli do maja 2001 r., pojawiło się trzydzieści do czterdziestu pierścieni. Niektóre z sygnetów miały drogocenne kamienie szlachetne i wszystkie zdają się być najwyższej jakości. „Takie można znaleźć u najlepszych jubilerów” – zauważył jeden z moich przyjaciół. Pierścienie mogą pojawić się w rączce, częściowo pogrążone w wibhuti, albo mogą leżeć obok śpiącego dziecka. Często po obu stronach tej małej świętej istoty, pojawiają się płatki róży rozsypane przez jakąś niewidzialną siłę. Czasami wśród płatków znajdują się lśniące złote pierścienie. Kto dostaje te piękne i wartościowe pierścienie? Raz czy dwa razy chłopczyk sam podał pierścień jednej z pań spośród gości, ale na ogół, jak rozumiem, często Pan Sai obecny w subtelnej postaci mówi matce, dla kogo każdy z tych pierścieni jest przeznaczony. Niektóre z niewiast, które otrzymują klejnot, są bardzo przejęte otrzymaniem tak cennego prezentu. Czytelnik łatwo może się domyślić, że ten mały australijski członek cudownej drużyny Swamiego przyjmuje licznych gości. Faktem jest, że mimo iż poza przekazami z ust do ust, nigdy nie rozgłaszano o chłopcu, codziennie przyjeżdżają do niego ludzie z całej Australii a także wielu z zagranicy. Dom, w którym mieszka, jest mały i jednorazowo może siedzieć tam wygodnie tylko trzydzieści osób. Szczodra, ciężko pracująca matka zapisuje na każdy dzień powszedni tygodnia po trzydzieści osób, które zgłaszają się telefonicznie. Niedziela jest dniem odpoczynku. Zgłoszeń jest tak dużo, że zawsze ma rezerwacje wyczerpane na jakieś dziewięć kolejnych miesięcy.  Niewątpliwie nie zdołaliby obsłużyć większej liczby chętnych i dlatego prosili mnie, abym nie podawał żadnych wskazówek odnośnie miejsca pobytu chłopca i jego bezimiennych w tym rozdziale rodziców.

Ci rodzice nie należą do ludzi zamożnych, w rzeczy samej jest wręcz przeciwnie, a mimo to podają codziennie wszystkim gościom posiłek jako prasad (poświęcona strawa). Moja opiekunka Sita Iyer, oraz dwóch moich dobrych znajomych dostąpili niedawno błogosławieństwa i wielkiej radości odwiedzin tego domu w dniu, kiedy obecni byli tam głównie przyjaciele i rodzina. O podawanych wtedy potrawach wyrażali się jako o „czymś na podobieństwo bankietu”. Matka przygotowuje posiłki na ogół osobiście z pomocą jakiegoś członka rodziny. Jeden z moich przyjaciół słyszał jak matka mówi: „Gotuję dla Swamiego, a jest On często tutaj obecny i kieruje mną, gdy gotuję. Potem podaję to jako prasad gościom mojego synka”. Wiem z własnego wieloletniego doświadczenia, że w obecności Swamiego podaje się wyłącznie posiłki najwyższej jakości, a gdy On sam odwiedza przyjaciół, by z nimi jeść, zwykle najpierw idzie do kuchni i albo osobiście pomaga w gotowaniu, albo udziela kucharzowi wskazówek. Domyślam się więc, że kiedy On nadzoruje gotowanie dla gości swojego cudownego dziecka i być może pozostaje tam jeszcze jakiś czas podczas podawania posiłku, matka uznaje, że może podać tylko najlepsze rzeczy. Pytanie jednak, jak ta młoda para o skromnych dochodach zapewnia tak kosztowne pożywienie dla tylu ludzi przez sześć dni w tygodniu? Wiem, że niektórzy z moich przyjaciół myślą o „chlebie i rybach” Jezusa karmiącego tłumy. Sądzę, że coś z takich rzeczy musi się dziać. Znam z Indii przypadki, kiedy Swami pomnażał artykuły żywnościowe i przypomina mi się niezwykłe wydarzenie, którego świadkiem był John Hislop. Gdy towarzyszył Swamiemu podczas pewnej wizyty, gospodyni domu była wielce zakłopotana ponieważ nie miała nic odpowiedniego do podania na kolację. Swami zwrócił się do Hislopa: „Hislop, idź do samochodu i przynieś artykuły”. John bardzo dobrze wiedział, że w samochodzie nie ma nic do jedzenia, ale mimo to poszedł. Przy samochodzie zastał dwóch aniołów trzymających między sobą tacę z jedzeniem. Była to wielka taca, ale John poradził sobie jakoś z wniesieniem jej do środka, na twarzy jednak pozostał wyraz zadziwienia, na co Swami rzekł: „Możesz zamknąć usta, Hislop. Oni zawsze tam są, tylko ty ich nie dostrzegasz”.

Rodzice małego Aleksa nie opowiadają jakim sposobem sprawiają ten cud. Jest to, podobnie jak wiele innych rzeczy, o których nie mówią, sprawa prywatna między nimi i Swamim. Tak więc, dla ich dobra i w istocie dla dobra chłopczyka, mogę powiedzieć jedynie, że mieszkają gdzieś na rozległym kontynencie Australii. Poza tym przypadkiem, nie wiem nic o pozostałych czterech cudownych chłopcach, prócz tego, że istnieją. Ponieważ wszyscy należą do drużyny Sai, zakładam, że ich cudowne moce są takie same lub podobne do mocy małego Alexandra Saishy. Każdy może przez znajomych dowiedzieć się o miejscu zamieszkania któregoś z tych cudownych dzieci Sai, ale jeśli zdarzy się to w przypadku dziecka australijskiego proszę pamiętać, że jego rodzice to prawdziwi wielbiciele Sai Baby i nie przyjmą wsparcia w postaci artykułów spożywczych, pieniędzy ani w innej formie.

Rozważmy teraz pokrótce co też Swami miał na uwadze rozpoczynając tę nową i nieoczekiwaną fazę w swojej misji. O ile mi wiadomo, Swami nikomu nie powiedział o żadnym specjalnym powodzie, jaki mógłby mieć, dlatego mogę zaoferować tutaj tylko swoje własne na ten temat zdanie. W swoim pisarstwie wielokrotnie stwierdzałem, że Swami powiedział, a mówił to już w latach 60-tych, iż Złoty Wiek rozpocznie się zanim opuści to ciało. Spodziewam się więc, że każdy dobrze poinformowany wielbiciel Sai zdaje sobie sprawę z tego, że teraz następuje kulminacyjny punkt Jego misji dla ludzkości. Jest to misja większa niż jakakolwiek z podjętych wcześniej przez innych Awatarów, ale jak mówił Sir George Trevelyn z trybuny na pewnym spotkaniu Sai w Rzymie, „Awatarowie nie zawodzą, w naturze Awatara nie ma możliwości niepowodzenia jego misji”, albo coś w tym sensie. Z pism świętych wiemy, o ile czytamy je z pewną dozą wglądu, że poprzedni Awatarowie nie zawiedli ludzkości w swoich misjach na ziemi. Dlatego też jestem głęboko przekonany, że Awatar żyjący obecnie wypełni swoją misję.

Niewątpliwie wielu z moich czytelników słyszało o tej wielkiej kampanii propagandowej przeciwko Sai Babie, którą ostatnio rozpętano. Ciemne albo wsteczne siły niewątpliwie zamierzały raz na zawsze zrujnować misję tego Awatara. A czy zrujnowały? Silny poryw wiatru, który wywiał plewy pozostawiając za sobą samo ziarno, raczej pomógł misji niż ją powstrzymał. Być może On chciał tego wiatru, gdyż czym są plewy jeśli nie [wielbicielami] małej wiary i jeszcze mniejszego zrozumienia? Według słów pewnego starego hymnu są to „Ci, co nigdy nie kochali go prawdziwie i ci, co utracili miłość, którą mieli”. Jaką wartość mają takie unoszone wiatrem plewy w gromadzeniu krytycznej masy, którą Sai Baba musi przygotować w tym bardzo krótkim okresie, w latach jakie ma do dyspozycji? Skoro Złoty Wiek ma się rozpocząć, jak stwierdził, w tych niewielu latach od teraz do 2021 r., jaką rolę ma odegrać ta masa krytyczna, jak ją zwą w nauce? Dobrą analogią z praktyki domowej jest niewielka ilość drożdży lub zaczynu wymagana po to, by niewyrośnięte, płaskie ciasto urosło do postaci piekarniczego bochenka chleba. Tak samo jest ze świadomością ludzkości, której obecny poziom mocą masy krytycznej może się skokowo wznieść na wysokość wymaganą przez Złoty Wiek. Co ilościowo i jakościowo musi zawierać ta krytyczna masa? My nie znamy tych liczb, ale Bóg z pewnością je zna. Możemy coś mniemać o jej jakości, jej składzie; niewątpliwie musi to być prawdziwe ziarno bez jakichkolwiek domieszek plew. Muszą to być wielbiciele Boga, którzy mają głębokie zrozumienie, silną wiarę, tacy co pełną mocą własnej woli starają się żyć zgodnie z najwyższymi wartościami prawdy i Boskiej Miłości. Krótko mówiąc, ci z wielbicieli, którzy mocno kroczą po drodze do domu.

Uważam więc, że może być tak, iż ta drużyna trzynaściorga cudownych dzieci ma za zadanie stać się silnym orężem w budowie wspomnianej krytycznej masy i w ten sposób dopomóc w spełnieniu się w wyznaczonym czasie największego cudu w dziejach. Inaczej mówiąc, dzieci te mają być zaczynem do wzrostu ogromnego bochna chleba ludzkiej świadomości, przez co nastanie nowy światowy pokój, zadowolenie i radość, za którymi wszyscy tęsknimy. Takie jest przynajmniej moje zdanie i moja wielka nadzieja.

====

Tak, jak dodaje autor w Epilogu, kończy się ostatnia z serii sześciu jego książek o żyjącym Purna Awatarze (purna znaczy ‘pełny’) i uznaje za nieprzypadkową chociaż niezaplanowaną zbieżność wymowy tytułu swojej pierwszej książki Sai Baba – człowiek cudów oraz tematu tego rozdziału.

          Ta książka, podobnie jak dwie poprzednie: Where the Road Ends (U kresu drogi) i Sai Inner Views (Wewnętrzne spotkania z Sai), została najpierw zarejestrowana na taśmach magnetycznych, a potem przepisana przez inne osoby. Taka procedura była konieczna, gdyż wcześniej Howard Murphet zaczął tracić wzrok.

[tłumaczenie i uwagi końcowe: KMB]

 

Stwórz darmową stronę używając Yola.