Sai Baba Awatar – cz.10
Nowa podróż do Potęgi i Chwały
Howard Murphet
Cd. rozdziału 18
    Kiedy na koniec znaleźli się sami w pokoju interview, Baba zmaterializował wibhuti i wtarł je w jego lewe ramię, przysłonięte koszulą – dokładnie jak w tamtym śnie, potwierdzając tym samym jego prawdziwość. Następnie Vemu słuchał z zachwytem jak Baba wykazuje pełną wiedzę o jego zmaganiach, problemach i głębokiej depresji, trwających do momentu, gdy wskazał mu karierę muzyka.
    Na koniec Bhagawan ponowie zakręcił dłonią. Tym razem zmaterializował rudrakszę o pięciu twarzach oprawioną w złoto i zawieszoną na złotym łańcuszku. Dał ją młodemu muzykowi z zaleceniem, żeby nosił ją nieustannie, mówiąc, że osiągnie wielki sukces w karierze zawodowej i w rozwoju duchowym. Na koniec poprosił go, aby dał koncert na vinie w Koledżu Sathya Sai w Brindawanie. 
    Na koncert przyjechał wraz z Vemu jego dziewięćdziesięcioletni ojciec. Powiedział synowi, że usiądzie po prostu gdzieś na zewnątrz i tam na niego poczeka.
    Kiedy Swami dowiedział się o obecności starszego pana, zaprosił go do środka i 'jak powiedział Vemu': „rozmawiał z nim jak kochająca matka ze swoim  dzieckiem, zmieniając ojca w innego człowieka”.
    Vemu Mukunda zakończył tę rozmowę szczęśliwym uśmiechem, przebijającym się spoza jego szpiczastej bródki: „Nie tylko mój ojciec, ale również moja matka i mój brat, który jest lekarzem w Bangalore, a właściwie cała moja rodzina, stali  się wielbicielami Sathya Sai Baby”.
Pan C. Mahadevan z Kolombo na Sri Lance był kolejną osobą próbującą w pierwszej chwili ignorować znaki ścigających go stóp. Pierwszy znak pojawił się w chwili, gdy jego dwunastoletni syn próbował zainteresować go zdjęciem Sai Baby. Odpowiedział mu całkowitą obojętnością, starając się stłumić entuzjastyczne zainteresowanie chłopca.
    Wkrótce potem, kiedy Mahadevan przechodził przez peron kolejowy, ze stojącego tam regału spadło mu pod nogi czasopismo. Podnosząc je zauważył, że otworzyło się na dużej, kolorowej fotografii Sai Baby.
    To zdarzenie wydało mu się dziwne i zaczął odczuwać potrzebę wyjazdu do Indii i zobaczenia Swamiego. Uważając, że to bardzo głupi pomysł, starał się go zignorować, ale impuls był coraz mocniejszy, tak że w końcu musiał mu się poddać. Uczynił to podczas następnej przerwy w pracy na rzecz służby publicznej. W podróż do Indii zabrał syna, którego ogromnie ucieszyła perspektywa zobaczenia Baby, jak również żonę, cierpiącą na silny ból w plecach, wywołany zmianami w kręgosłupie.
    Podczas interview Swami zmaterializował dla jego żony wisiorek. Odczuwając radość i wdzięczność zapomniała o kłopotach z kręgosłupem i upadła Babie do stóp. Swami ją podniósł i w tym samym momencie, jak powiedział Mahadevan, wyleczył jej dolegliwość. Od tamtej pory kręgosłup przestał jej dokuczać.
    To cudowne zdarzenie oraz miłość i łaska promieniujące od Sai Baby, zmieniło światopogląd Mahadevana. Kiedy wrócił do Kolombo poczuł wewnętrzną potrzebę organizowania sesji bhadżanowych w swoim domu i dzielenia się z przyjaciółmi nowymi ideami. Wkrótce potem przeszedł niesamowitą próbę wiary.
    Jak stwierdziło kilku specjalistów, po prawej stronie jego szczęki pojawił się złośliwy nowotwór. Mówili, że być może mogłaby mu pomóc operacja, ale nie byli tego pewni. Postanowił spróbować.
    Spędził w szpitalu 28 dni, a w kilka miesięcy później nowotwór zaczął ponownie się rozwijać. Podczas drugiej operacji lekarze usunęli mu kawałek lewej dolnej żuchwy i odżywiali go przez nos. Tym razem przeżył w szpitalu 32 straszne dni i stracił na wadze 25 kilogramów.
    Wkrótce po ponownym opuszczeniu szpitala, zaczął cierpieć na przenikliwy ból z boku głowy, a z operowanego miejsca nieustannie sączyła się ropa. Naświetlanie nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Nadszedł czas trzeciej operacji, lecz nie poczuł po niej ulgi. Ból i ropa nie ustąpiły.
    Miała ona miejsce w lutym 1974 r. Kolejna została wyznaczona na kwiecień. Ale Mahadevan zaczął wątpić w chirurgów. Ciągły szok dla organizmu, zmartwienia i wielka strata czasu, która kosztowała go awans i podwyżkę pensji, wszystko razem wywołało cukrzycę.
    Wątpił, czy czwarta operacja zakończy się większym sukcesem niż poprzednie. Jak długo miało się to ciągnąć? Jak długo będzie żył, jeśli nie uda się zapobiec ekspansji złośliwego nowotworu? Chirurdzy mówili od samego początku, że nie mogą zagwarantować sukcesu. Najwyraźniej nóż zawiódł i wkrótce umrze.
    Jedyną nadzieję pokładał teraz we współczuciu i łasce Sai Baby. Odwołał czwartą operację i pojechał do Indii.
Bhagawan był w Brindawanie. Mahadevan zajął miejsce w liniach, modląc się o dotyk uzdrawiającej ręki Bhagawana, Kiedy Swami zatrzymał się obok niego, zebrał całą odwagę i powiedział: „Swamidżi, lekarze chcą wykonać czwartą operację”.
    „Biedaku”, odpowiedział Sai Baba i odszedł.
    Gdy stopy Swamiego zaczęły się oddalać, Mahadevan poczuł, że jego życie dobiega kresu. Nagle Bhagawan się zatrzymał, odwrócił i pomknął ku niemu jak strzała. Jego twarz była pełna mocy i zdecydowania. Zakręcił dłonią i zmaterializował dużą ilość wibhuti.
    „Zjedz to!”, rozkazał, sypiąc w jego dłoń święty popiół. Stał przez chwilę przyglądając się jak człowiek ze Sri Lanki wypełnia Jego polecenie. „Kiedy zjadłem, Swami odszedł, a wraz z nim odszedł ból z lewej strony głowy. Od tej pory pozbyłem się wydzielin i wiedziałem, że zostałem uleczony!”.
Mimo to trudno mu było wyjechać. Pojechał za Swamim do Prasanthi Nilayam i wciąż tam przebywał, gdy rozmawialiśmy z nim kilka tygodni później. Widywaliśmy się z nim codziennie i z każdym dniem wydawał się coraz silniejszy i bardziej oddany Babie.
    Taka boska rekonwalescencja po uleczeniu, jest, jak wierzę, najważniejszą rzeczą. Uleczenie ciała jest cudowne, ale może okazać się tylko chwilową ulgą, jeśli uleczona osoba nie zmieni sposobu myślenia i życia – jak Jezus powtarzał często tym, których uleczył. Jeśli dusza nie zwróci się w stronę uzdrawiającego światła, demony choroby wpełzną w brudne miejsca, które je do siebie przywabią. Pod koniec pobytu Mahadevana w Prasanthi Nilayam, Swami powiedział do niego: „Trzykrotnie walczyłem o twoje życie i ostatecznie wyleczyłem cię w Whitefield. Wiem że straciłeś szansę na awans i podwyżkę, nie martw się jednak. Swami pomoże ci na wszelkie możliwe sposoby”.
    Dając mu kilka paczuszek wibhuti, aby je zabrał do domu, Baba mówił dalej: „Pracuj tak dobrze jak dotychczas, łącząc wysiłek z bhadżanami. Jestem zawsze z tobą”.
    Tak więc łagodny Mahadevan wrócił do swojego domu w Colombo. Kilka miesięcy później otrzymaliśmy od niego list, opowiadający o wielkiej radości wśród jego rodziny i przyjaciół oraz o sensacji jaką wywołał wśród kolegów z pracy cudownym uleczeniem. Napisał także: „Baba wyleczył mnie nie tylko z nowotworu, ale również z cukrzycy. Po powrocie od Niego odkryłem, że poziom cukru powrócił do normy”.
    Jego syn, jak napisał, był uradowany, że jego wcześniejsze wysiłki przyniosły takie cudowne owoce – „wprowadziły nas do rodziny Sai, aby Swami mógł uratować mi życie”.
    Jego żona, wychowana jako metodystka, prowadziła teraz w domu regularne sesje bhadżanowe, na których gromadziło się coraz więcej ludzi.
    „Dwudziestego trzeciego listopada, w dniu urodzin Baby, mieliśmy wspaniałe bhadżany i karmiliśmy ubogich rozdając im zapakowane obiady, przygotowane przez wielbicieli Sai”.
    „Baba pojawia się często w moich snach, szczególnie wczesnym rankiem… Teraz nie martwię się już o nic. Pozostawiam wszystko w Jego rękach…”.
Tęsknij, tęsknij wytrwale za pomyślnym zrealizowaniem prawdziwego celu życia, a osiągniesz go. Pamiętaj, że niewątpliwie zwyciężysz. To dlatego zostałeś wezwany i odpowiedziałeś na wezwanie, przybywając do mnie.
Bóg jest słońcem i kiedy Jego promienie padną na serce nie zasnute chmurami egoizmu, wówczas lotosowy pączek serca rozkwita i rozwija płatki. Pamiętaj, że odnosi się to tylko do pączków gotowych zakwitnąć. Reszta musi cierpliwie czekać.
Sathya Sai Baba
Rozdział 19

Szkoła nieśmiertelności

    Kto dostrzega wieczność w rzeczach przemijających i nieskończoność w rzeczach skończonych, ten posiadł czystą wiedzę.                                                            Bhagawad Gita
     „Jak dotrzeć do Sai Baby? Może upłynąć bardzo dużo czasu, kiedy uda mi się pojechać do Indii. Czy jest coś, co pomoże mi dotrzeć do Niego wcześniej?”.
     Camille Svensson zadała te pytania w 1971 roku, zaraz po tym jak wygłosiłem wykład o Swamim we Wschodnio-Zachodnim Centrum w Los Angeles. Słyszałem te pytania wcześniej, ale niezbyt często. Takie idee rodzą się zwykle w umysłach ludzi rozwijających się na duchowej ścieżce. Camille była od wielu lat teozofką i bardzo pilnie studiowała życie i prace Madame Bławatskiej. Patrząc, podczas swojego wykładu, na radosny blask w jej chabrowo-niebieskich oczach, poczułem, że Baba poruszył w jej sercu jakaś wrażliwą strunę.
    Moja żona i ja upewniliśmy ją, że dotrze do Niego dzięki medytacji. Dla wielu osób jest to szybszy i pewniejszy sposób niż wyjazd do Indii. Dzięki niej może aktywizować „gorącą linię” łączącą ją z Babą. Medytacje może wspierać śpiewaniem bhadżanów, brać udział w dyskusjach w jednej z grup w Los Angeles, czytać o życiu Baby i studiować napisane przez Niego słowa….
    W przeciwieństwie do niektórych ludzi, którzy wysłuchują podobnych podpowiedzi z wewnętrzną rezerwą i idą dalej własną drogą, Camille poddała się tym zaleceniom całym sercem. Wkrótce, jak pisała nam w listach, zaczęła czuć bez najmniejszych wątpliwości moc płynącą od Swamiego. Pomagał jej w osobistych problemach i inspirował podczas wykładów poświęconych zagadnieniom teozoficznym, często przez nią wygłaszanych. Miłość płynęła teraz w dwóch kierunkach – od Guru i do Guru, i ostatecznie stała się prawem życia.
    Kiedy w 1974 r. spotkaliśmy w Indiach Camille, była to jej druga wizyta u Sai Baby. Wiele się wydarzyło. Camille, oddana studentka teozofii, będącej esencją radża jogi i dźniana jogi, zmieniła się w wielbicielkę Sai Baby. Ta droga wymaga dużo więcej bhakti (oddania) niż jakikolwiek inny rodzaj jogi. Działa przede wszystkim w samym  sercu.
    Teraz wiele wykładów, skierowanych do teozofów i innych słuchaczy, poświęcała Swamiemu. Traktowała Go jak Awatara i narażając się na dezaprobatę jednego czy dwóch konserwatywnych teozofów, głośno wyrażała tę myśl. Wspierała się subtelną, nieuchwytną koncepcją, że ktoś prędzej czy później zaakceptuje tę ideę, chociaż inni odrzucą ją od razu.
     Podczas interview, którego Baba udzielił wielbicielom z Zachodu, w tym także nam, Camille siedziała z tyłu i jak zwykle robiła notatki. Na koniec uklęknęła u Jego stóp. Swami podniósł ją mówiąc: „dobra kobieta”, jak gdyby głośno wyrażał tę myśl dla Siebie. Potem ruszył w kierunku drzwi.
     Camille podniosła paczuszkę wibhuti leżącą na podłodze i zauważyła, że wydrukowano na niej „Sai Ram”. Myśląc, że zgubił ją Baba, pobiegła za Nim. 
     „Czy to Twoje, Swami?”, zapytała z szacunkiem i troską w głosie.
     Swami uśmiechnął się: „Zatrzymaj ją dla siebie”, odpowiedział i zaczął jej tłumaczyć znaczenie mantry. Potem trzykrotnie zakręcił dłonią, zamknął ją i otworzył ponownie. Leżał na niej teraz błyszczący pierścionek z wyrytymi na nim słowami „Sai Ram”. Wsunął jej na palec, jeszcze raz się uśmiechnął i odszedł.
     Camille nie mogła przestać patrzeć na pierścień. Pasował doskonale na jej palec, jak gdyby został wykonany na zamówienie. Sporo czytała w literaturze teozoficznej na temat materializacji, pojawiania się duchów w formie cielesnej i innych cudownych fenomenach. Ale ten spontaniczny cud, tak na czasie i specjalnie dla niej, miał cechy duchowej boskiej miłości, przejawiającej się w głosie i w oczach Awatara. Jej własne błękitne oczy zasnute były łzami, a twarz jaśniała większym niż zwykle blaskiem.
     Podczas dni spędzonych z naszą przyjaciółką, Camille opowiedziała nam o wielu cudownych wydarzeniach, które zaczęły manifestować się od chwili, gdy jej stopy odnalazły drogę do Sai. Opowiedziała nam także o niezwykłym człowieku, który pojawił się w teozoficznych kręgach Kalifornii i w ośrodkach Sai Baby.
     Był nim dr Benito F. Reyes, doskonały wykładowca i nauczyciel z olśniewającą akademicką przeszłością, posiadający doktoraty z filozofii, literatury i kilku innych dziedzin wiedzy. Ale tym, co zainteresowało ją i nas, był fakt, że łączył wybitne osiągnięcia akademickie z duchowymi prawdami. Pełnił w tym czasie rolę dyrektora Instytutu Awastologii, propagującego nauki o stanach świadomości, który założył wraz z żoną, dr Domingą Reyes, w Ojai.[1]
    Po wizycie u Sai Baby poproszono dr. Reyesa, bez uprzedzenia, aby opowiedział kalifornijskiej grupie o swoich doświadczeniach w Indiach. Mówił spontanicznie, bez zaglądania do notatek i dlatego nie mamy nagrania tego wystąpienia. Na szczęście Camille sporządziła jego szczegółowy zapis. Dała mi go i na tej podstawie napisałem szkic o indyjskiej przygodzie dr. Reyesa. Po napisaniu go miałem szczęście odwiedzić Stany Zjednoczone i spotkać się z dr. Reysem. Ów wykształcony dżentelmen potwierdził i zaaprobował tę relację.
     Zanim jednak przedstawię wam opowiadanie o jego pierwszej wizycie u Sai Baby, chciałbym powiedzieć co nieco o przeszłości dr. Reyesa, która przyczyniła się do powstania „Szkoły nieśmiertelności”, jak ją prywatnie nazywa. Na początku swojej kariery na Uniwersytecie Filipińskim dr Reyes dawał wykłady z botaniki, psychologii klinicznej[2] i filozofii, włączając w to filozofię Wschodu i religię porównawczą[3]. Ostatecznie został w nim rektorem, podobnie jak w ufundowanym przez siebie Uniwersytecie Manilijskim.
     Kiedy rząd na Filipinach został narzędziem dyktatora, dr Reyes opuścił rodzinne wyspy i udał się do Kalifornii. Ponieważ był od 40 lat teofilozofem, poproszono go o zaopiekowanie się „Szkołą mądrości” w Krotonie[4] w Ojai. Po jakimś czasie ufundował tam własny Instytut Awastologii.
     Chociaż dr Reyes słyszał o Sai Babie jeszcze na Filipinach i jak powiedział, „czuł mocno, że Baba jest Awatarem”, to zbliżenie się do Niego zawdzięcza dwóm osobom.  Pierwszą z tych osób był Robert Silver, adwokat z Ventury, drugą Indra Devi, do której domu, leżącego w Tecate, tuż przy granicy z Meksykiem, zawieziono państwa Reyes’ów.
      „Tam zobaczyłem wibhuti”, powiedział. „Coś poruszyło się w moim sercu. Potem śpiewaliśmy bhadżany w pokoju Baby. Kiedy wróciliśmy do domu w Ojai, przez całą noc śniłem o Swamim. Jako wykładowca psychologii, interpretuję te sny jak swego rodzaju spełnienie marzeń. Przez długi czas nie rozumiałem, czym jest sen z Babą”.
      Dr Reyes tak mówi o swojej pracy i ideałach:   
„Przez ostatnie trzydzieści lat byłem nauczycielem i wiem, że we współczesnym modelu kształcenia zaistniał rodzaj moralnego bankructwa. Pragnąłem zmienić edukację w coś bardziej wzniosłego. Ale oczywiście wiedziałem, że transformacja powinna nastąpić najpierw we mnie i że muszę dokonać jej sam”.
     Dr Reyes chciał przekształcić swój instytut w uniwersytet duchowy, na wzór koledżów powołanych przez Sai Babę w Indiach. Natrafił jednak na przeszkody. Po pierwsze potrzebował funduszy. Państwo Reyes nie zabrali z Filipin niczego, „za wyjątkiem ideałów i tęsknot. Miałem w kieszeni zaledwie 15 dolarów. Czy można założyć uniwersytet za 15 dolarów?”.
     Marzyli, aby nauczać ludzi nie tylko dla tych kilku dziesiątek lat ziemskiego życia, ale ze względu na wieczną ludzką dharmę; Edukować „nie po to, aby umożliwić im zdobycie zawodu i odkrycie powołania, a nawet nie dla kultury, lecz dla nieśmiertelności”.
     Niektórzy mówili, że jest szalony.
     „Ukształtowały mnie uniwersytety. Na przykład, długo studiowałem algebrę, ale nigdy nie wykorzystałem jej w praktyce. Nie istnieje szkoła ucząca ludzi, jak prawidłowo umierać. Uczą nas jak przeżyć na planecie, ale nie jak stanąć twarzą w twarz z Wiecznością. Pokazują nam, jak znaleźć miejsce w społeczeństwie, ale nie jak odnaleźć się we wszechświecie. Tracimy miliony na wiedzę, która nie przygotowuje nas do życia wiecznego”.
     Dr Reyes czuł, że przygotowania do czekających go zadań wymagają przede wszystkim wizyty u Sai Baby. „Najwyższy już czas, abym wreszcie zobaczył tę Wielką Istotę i poprosił Ją o błogosławieństwo dla mojej pracy”.
     Ale z tym także miał problemy. Początkowo chodziło o pieniądze na wyjazd. Jednak gdy Pan wzywa, otwiera przed nami drogę, a wtedy często stawia przeszkody, aby utrudnić zbliżenie. Przydarzyło się to mnie i wielu innym znanym mi osobom. Dla doktora i jego żony droga otworzyła się w chwili, gdy wielbiciele Swamiego wręczyli im dwa bilety do Bangalore w Indiach oraz zaprosili do grupy wylatującej z Kalifornii.
     Ponieważ grupa Kalifornijczyków miała wkrótce wyruszyć do kraju Sai Baby, państwo Rayes postanowili natychmiast udać się do Nowego Jorku, gdzie mieszkała ich córka Anita, która wkrótce spodziewała się dziecka. Pragnęła, aby matka towarzyszyła jej przy porodzie. Była to dobra okazja, żeby spełnić jej pragnienie.
     Tłumacząc ich stan umysłu, dr Reyes powiedział: „Wskutek drastycznej zmiany rządu na Filipinach straciliśmy ojczyznę i dom i wiele innych rzeczy. Została nam tylko rodzina. Nasza córka przywiązywała wielkie znaczenie do obecności matki przy porodzie”.
     Ale dziecko nie spieszyło się z przyjściem na świat. Robert Silver dzwonił codziennie z Ojai, przypominając im, że mają  wykonać szczepienia i przygotować inne wymagane rzeczy, a za kilka dni wyruszyć z grupą kalifornijską. Na dzień przed wyjazdem do Indii wciąż oczekiwali na maleństwo. „Moja żona czuła, że musi zostać, a ja nie chciałem jechać bez niej na pierwszą wizytę u Baby. Więc kiedy Robert zadzwonił tego dnia, powiedziałem mu, że postanowiłem nie ruszać się bez żony, a ona nie może wyjechać, skoro dziecko jeszcze się nie urodziło”.
     Tego wieczoru państwo Reyes poszli do łóżka bardzo zasmuceni. Drzwi, które się otworzyły, zapraszając ich do Baby, zostały teraz zamknięte. Następnego dnia pani Reyes obudziła się ze spuchniętymi i zaczerwienionymi oczami z powodu zapalenia spojówek. Powiedziała więc do córki: „Anito, nie mogę tu dłużej zostać. Zarażę dzieci, nawet to, które ma się dopiero pojawić”. 
     Anita odpowiedziała ze smutkiem: „Tak, mamo. Myślę, że będzie lepiej jeśli wyjedziesz”.
     Około godziny drugiej tego popołudnia doktor Rayes i jego żona spotkali się z grupą kalifornijczyków na nowojorskim lotnisku i wylecieli do Indii. Po drodze mieli zatrzymać się w Szwajcarii.
    Dr Reyes opowiada dalej: „Powiem wam o czymś zaskakującym. Kiedy następnego ranka w Zurychu moja żona otworzyła oczy, okazało się, że są zdrowe. Myśleliśmy o Babie i śmialiśmy się. Mieliśmy wrażenie, że choroba pojawiła się tylko po to, aby przekonać córkę, że będzie lepiej jeśli wyjedziemy.
     Wylądowaliśmy w Bangalore, w przepięknym mieście. Nazwałem je miastem Baby. W południe dotarliśmy do Brindawanu w Whitefield i dowiedzieliśmy się, że Swami wyjechał przed godziną. Przygnębieni, usiedliśmy na ziemi i powiedzieliśmy: „Swami, mogłeś poczekać chociaż godzinę”.
      Następnego dnia udaliśmy się do Puttaparthi. Patrząc po raz pierwszy na sposób chodzenia tego nieuchwytnego Człowieka, dostrzegłem ile w Nim gracji. Nie potrafię opisać jak porusza się ten Jedyny, ale był to ruch uduchowiony i pełen piękna. Swami nie szedł, lecz płynął, unosił się w powietrzu. W Jego krokach było coś zwiewnego, coś z innego świata. Pomyślałem wtedy, że nie pochodzi z Ziemi, ale przyszedł na nią, aby ją pobłogosławić.
     Rwało się do Niego serce, ale byłem tu obcy i nie wiedziałem jak się zachować. Uznałem, że najlepiej będzie naśladować ludzi z grupy. Jeśli padną przed Nim na twarz, ja również padnę. Jeśli włożą do ust pył z Jego stóp, zrobię to samo.
     Tego wieczoru temperatura wyniosła ponad 480 C. Widząc jak ludzie wyciągają moskitiery, rozejrzałem się za dodatkowymi, ale nie było ani jednej. Spojrzałem na żonę. Spała. Pomyślałem sobie, że ta moja żona nie stara się nawet sprawdzić, czy jest mi dobrze.
W kąciku, w którym przypadło mi spać, było gorąco jak w piecu. Ponieważ wszyscy skryli się pod moskitierami, wiedziałem, że tej nocy będę jedynym celem ataku moskitów, latających szwadronami. Wziąłem chusteczkę, zmoczyłem ją i położyłem sobie na czole, prosząc Babę, żeby się mną zaopiekował. Trzymając w ręku niewielki różaniec zwróciłem się do Niego mówiąc: „Sai Baba, Sai Baba, Sai Baba”. Powtarzając te  słowa zasnąłem około 21:00. Kilkakrotnie w ciągu nocy, bardziej lub mniej świadomy, czułem dziwną warstwę chłodu otaczającą moje ciało. Zdawała się pokrywać mnie od czubka głowy po palce u nóg. Nie ukąsił mnie ani jeden komar.
    O 5:00 rano znów było gorąco. Poszedłem do łazienki i zaraz potem usiadłem do medytacji. Nadeszło wezwanie, że Baba chce natychmiast nas widzieć. Serce zaczęło mi szybko bić. Na czym polega spotkanie z Awatarem? Czy powinienem coś mówić? Jeśli tak, to co wypada powiedzieć?
     Grupa amerykańska zebrała się w pokoju interview. Baba spojrzał na nas i zaczął rozdawać nam z ręki wibhuti, mówiąc: „Jedzcie to, jedzcie”. Więc zjadłem. Potem powiedział: „Nie jedliście śniadania. Pewnie jesteście głodni”. Machnął dłonią i podał wszystkim substancję o konsystencji masła orzechowego. Wziąłem większą bryłkę, ponieważ byłem głodny. Nie miała smaku masła orzechowego. Była pyszna i przypominała ciastko posypane orzechami.
     Wszyscy w grupie wydawali się skłonni wspierać mnie i mój pomysł otwarcia uniwersytetu. Jeden z mężczyzn powiedział: „Dr Reyes jest nauczycielem, Swami”.
    Baba zapytał kilkakrotnie: „Czym jest edukacja?”, ale za każdym razem gdy starałem się na to odpowiedzieć, mówił: „Nie, nie, nie!”.
     Wspomniałem, że w naszym instytucie naucza się medytacji.
     „Czym jest medytacja?”, zapytał. I znów, gdy  próbowałem to wyjaśnić, powtórzył: „Nie, nie, nie!”. Za każdym razem gdy zaczynałem zdanie, przerywał mi. W końcu zrozumiałem i zamilkłem.
     Potem przez trzy godziny Swami rozmawiał z nami. Bez wątpienia ludzie na zewnątrz uważali, że to wielkie błogosławieństwo! Ale ja myślałem o zawiedzionej nadziei na przekazanie Mu tego co myślę. Baba, przygotowując się do odejścia, powiedział: „Tego popołudnia spotkam się z tobą prywatnie”. Moje serce się ożywiło.
     Nadeszło popołudnie – trzecia, czwarta i nic, żadnego znaku. W końcu jednak nas wezwał, moją żonę i mnie. Zwrócił się do mnie: „Czego pragniesz?”. „Proszę o uniwersytet…”.  „Aprobuję, aprobuję, aprobuję! Ale czego pragniesz dla siebie?”. „Nic, Baba – tylko ucałować Twoją rękę”. Nie byłem na tyle silny, żeby powiedzieć, że pragnę ucałować Jego stopy. Nigdy nie całowałem niczyich stóp.
     „Aprobuję, aprobuję”.
     Ująłem Jego dłoń i ucałowałem ją. Pachniała jaśminem. Potem zapytałem o kilka rzeczy związanych z uniwersytetem, a On powtórzył: „Aprobuję, aprobuję”. Serce śpiewało mi z radości. Zanim wyszliśmy, Baba rzekł: „Jutro wybieramy się do Anantapur. Pojedziecie z nami. Będziesz mógł porozmawiać z dr. Gokakiem i dr. Bhagavantamem”.
      Gdy jechaliśmy do Anantapur, był piękny poranek. Auto Swamiego znajdowało się przed nami, a my siedzieliśmy w drugim aucie. 
Myślałem o tym, że nie dał mi niczego, co mógłbym pokazać przyjaciołom w Kalifornii. Jaki więc miałem dowód? Nie mogłem im pokazać: „Aprobuję, aprobuję!”.
     Skupiłem się w myślach na twarzy Swamiego i przekazałem Mu mentalnie słowa: „Baba, proszę, podaruj mi pierścień, taki zupełnie mały. Zwracam się do Ciebie w ten sposób, bo głośno nigdy bym tego nie powiedział”.
     Dojechaliśmy do Anantapur. Usiedliśmy w sali z setką innych osób, czekając na przyjście Baby. Gdy wszedł, poprosił moją żonę i mnie, byśmy usiedli obok Niego. Potem spojrzał na mnie i zapytał: „Lubisz Krisznę?”. „Tak, Swami, przeczytałem »Bhagawad Gitę« i »Mahabharatę«. Bardzo lubię Krisznę”.
     Zmaterializował pierścień, wziął moją rękę i włożył mi go na palec. Zostałem pokonany, ale powiedziałem: „Baba, pragnę Twojego wizerunku!”.
     „Kriszna, Baba, nie ma żadnej różnicy. W samochodzie prosiłeś mnie o pierścień. Daję ci go. Za każdym razem, gdy będziesz czegoś potrzebował, zawsze proś mnie o to w taki sam sposób”. Coś we mnie eksplodowało. O mało nie zemdlałem.
     Następnie spojrzał na moją żonę i zmaterializował dla niej piękny medalion ze Swoją podobizną. Żona się rozpłakała. „Masz czyste serce”, powiedział. „To dlatego ciągle płaczesz. Płacz. Jesteś szczęśliwa! A to jest również dla ciebie”. Coś wydostało się z Jego dłoni – białe i opalizujące. Kiedy upadło na podłogę zobaczyłem, że to kolczyk. Potem zauważyłem, że uwalnia się drugi. Na końcu każdego z nich znajdował się lingam, symbol Śiwy i siły twórczej. Delikatnymi ruchami przypiął je do uszu mojej żony. Baba nie tylko daje. On daje z serca.
     Potem wygłosił wykład o twórczości, seksie, wegetarianizmie… Powiedział, że jemy nie tylko ustami, ale również oczami, nosem, dotykiem, słuchem. Stajemy się tym, co spożywamy, dlatego wszystko musi być czyste. Kiedy zmysły i umysł są czyste, zstępuje wielka energia wszechświata.
     Potem zrobił przerwę i śledząc niewielkie mosiężne pudełko trzymane przez pewną kobietę, wskazał na nie i powiedział: „To moje dzieło”. „Jest uszkodzone, Baba”, odrzekła ze smutkiem. „Musiałam źle postąpić, prawda?”.
     Jakiś czas temu Baba ofiarował jej nieduże pudełko wypełnione wibhuti i przyrzekł jej, że będzie zawsze pełne. Mimo to przestało napełniać się świętym popiołem. Wziął je od niej i odwrócił na stole do góry dnem. Tak, było zupełnie puste. Położył z powrotem przykrywkę na pudełku, a potem trzymając go w dłoniach powiedział: „to moje dzieło”.
     Odczekawszy kilka chwil zdjął pokrywkę. Popiół rozsypał się po stole. Moja żona wyjęła chusteczkę i zaczęła go wycierać. „Bardzo cenny”, rzucił uwagę Swami. „Wycieraj”.
     Jakiś czas później ta kobieta podzieliła się z nami uwagami i instrukcjami przekazanymi jej przez Babę. „Gniew wynika ze słabości ciała”, powiedział i zalecił jej właściwą dietę. Przyrzekł jej swoją pomoc. „Próbowałaś testować Swamiego – to ego. Rozdawałaś małe paczuszki wibhuti, aby opróżnić pudełko i zobaczyć, czy znowu się zapełni. Zapomniałaś, że to moje dzieło. Powiedziałem ci: do leczenia – a nie dla każdego. Musisz słuchać!”.
     Baba zdjął pokrywkę i potarł pojemnik palcami. Zniknęły przebarwienia, które były tam jeszcze chwilę temu i powierzchnia była znowu błyszcząca. „Czy mogę dostać je z powrotem, Swami?”. Kobieta rozpromieniła się, jej twarz zajaśniała radością. „Weź – i pamiętaj – trzeba słuchać!”. Miała oczy wypełnione łzami.
      Później Bhagawan pokazał nam piękny budynek koledżu w Anantapur i powiedział: „Będziesz miał swój uniwersytet. Wspiera cię moja moc”.
      W przeszłości nie zawsze było mi łatwo i Baba wiedział, że w sercu często nosiłem lęk. Teraz powiedział: „Koniec z lękami. Po prostu pracuj. Jeśli będziesz potrzebował czegoś dla uniwersytetu, nawet pieniędzy, napisz do mnie. A teraz, czego jeszcze pragniesz?”. „Niczego, Baba” –wykrzyknęliśmy oboje. „Tylko ucałować Twoje stopy!”.
     Odsunął rąbek szaty: „Aprobuję, aprobuję”.
Upadliśmy na kolana i ucałowaliśmy je. Coś mnie zastanawiało. Jego stopy były zawsze bose i poruszały się po ziemi. Ale były bardzo czyste, pachniały wibhuti i jaśminem. Kiedy wstaliśmy, powiedział: „Możecie już iść”.
     Jednak będąc z Babą nikt nie chce odchodzić daleko. Więc nie opuściliśmy tego miejsca natychmiast.
      Cóż, takie są moje doświadczenia, powiedział dr Reyes. Moja interpretacja może być niewłaściwa, ale jest coś, w czym się nie mylę: w moim sercu zamieszkała radość, w moim umyśle panuje spokój, przepływa przeze mnie nowa energia, którą mogę się dzielić ze wszystkimi.
     Po tych słowach męża dr Dominga Reyes powiedziała od siebie kilka zdań. Oto niektóre z najważniejszych, przybliżające to wielkie doświadczenie, widziane jej oczami.
     Gdy w domu Indiry Dewi w Meksyku oglądaliśmy film o Sai Babie, ujrzałam, że Jego postać nagle się zmieniła i ma inną, brodatą twarz. Kiedy odwrócił się, żeby mi pokazać Swój profil, ujrzałam, że to mój Mistrz – Mistrz Jezus. W tym samym momencie usłyszałam Jego głos: „Czy nie dostrzegasz mnie w każdej formie?”. Oczy wypełniły mi łzy i wizja dobiegła końca. Od tamtego momentu nieustannie pragnęłam pojechać do Baby.
     Kiedy byliśmy w Puttaparthi i mogliśmy z Nim porozmawiać, powiedziałam, że od czterdziestu czterech lat próbuję medytować. Odpowiedział: „Ale twoja medytacja jest niepełna. Musisz po prostu zachować ciszę”. (To przypomina nam, że Śirdi Baba często powtarzał, wskazując drogę Sai do Boga: „Po prostu zachowaj ciszę, a ja zrobię resztę”.)
     Powiedziałam Babie, w jaki sposób na naszym uniwersytecie staramy się pomóc studentom zrozumieć jedność życia, wspaniałość człowieka, jego boskie pochodzenie oraz wyjaśnić, że człowiek nie jest po prostu rozumnym zwierzęciem, ale Boską Istotą. Potem powiedziałam: „Baba, spraw abym z czystym sercem podjęła się tej pracy”.
     Odpowiedział łagodnie: „O cokolwiek mnie poprosisz, dostaniesz to”.
      W samochodzie jadącym do Anantapur napisałam dla Niego siedem wierszy. Kiedy wziął je do ręki powiedział: „Bardzo piękne! Przyślij mi ich więcej”. Więc napisałam 24 poematy i wkrótce Mu je wyślę.
      Oznajmiłam dzieciom – synowi, który jest lekarzem i córce Anicie – że jeśli Bóg chodzi po Ziemi, to jest Nim Baba. Aby to zrozumieć musicie zobaczyć Babę, ucałować Jego stopy, spojrzeć Mu w oczy i zobaczyć jak chodzi. Wtedy będziecie wiedzieli, że oglądacie Boga.
     Kiedy Jezus chodził po Ziemi, nie tylko Go nie poznali, ale zabili.
     My mamy szczęście: widzieliśmy twarz Baby.
           
Lotosy na jeziorze znajdują się daleko, daleko od słońca. Ale odległość nie jest przeszkodą dla świtu miłości. Gdy tylko słońce wyjrzy z nad horyzontu, lotosy zaczynają rozkwitać.
Sathya Sai Baba 
 
 
[1] Ojai, miasto w Kalifornii,  nosi  przydomek  „Shangri-La”, nawiązujący do naturalnego środowiska tego regionu, skupionego na zdrowiu i duchowości.
[2] Psychologia kliniczna zajmuje się profilaktyką, diagnostyką i terapią zaburzeń psychicznych oraz zaburzeń zachowania, czyli zaburzeniami  stosunków człowieka z jego otoczeniem.
[3] Religia porównawcza stara się rozwiązywać takie filozoficzne problemy jak etyka, metafizyka oraz natura  i forma zbawienia.
[4] Na początku XX w. Krotona była jednym z trzech ważnych ośrodków teozoficznych w USA. Pierwotnie wybudowana w Hollywood, w 1912 r. została przeniesiona do Ojai  i jest dzisiaj znana jako Instytut Teozofii Krotona. 

 

Stwórz darmową stronę używając Yola.